klif on-line

Wpisy

  • sobota, 11 lutego 2012
    • Cliff na klifie

      Cliff napisała prawdę, istotnie została tak nazwana niedawno przez osobę bliską. mocne słowa, ale na klifie faktycznie zachowuje się coraz gorzej. najpierw tak sobie tu i tam trochę drapała, jakby tylko o ścieranie pazurów chodziło.

      a ostatnio to już było niestety tak:

       

       

       

       

      z trudem bo z trudem, ale jakoś udawało mi się ją od tych akcji odrywać w sensie dosłownym

      i dopiero ostatnio, tuż przed mrozami chyba już się do kogoś dobierała, bo z pól godziny trwała nasza batalia. w dodatku nie miałam przy sobie smyczy. w końcu udało mi się bez bolesnych pogryzień przypiąć jej do obroży mój pasek i zaciągnąć do domu

       

       

      wróciłam sama. trochę tę norę zasypałam i zastawiłam gałęziami na wypadek gdyby Cliff zamierzała tam wrócić, bo ona jest wielce pamiętliwa. przy okazji zrobiłam rachunek sumienia i uznałam, że to moja wina. ludzie tak zmajstrowali jamnika, żeby pomagał w polowaniu, zrobili go norowcem. banalna prawda jest taka, że las jest dla zwierząt leśnych, pies jest w nim intruzem. muszę zatem ukrócić tę gangsterkę na klifie niezwłocznie. 

      następnego dnia Cliff była jakby trochę mniej radosna

       

        

       ale myślę, że powinna się jakoś z chodzeniem po lesie w kagańcu pogodzić. jak będzie grzeczna, to na plaży i poza lasem nie będzie musiała go nosić.

      podzieliłam się refleksjami o własnej winie w mailu do tzw.przyjaciela domu. znamy się już sporo lat, ale ciągle jakoś nie możemy przejść na ty. i dostałam od niego w tej sprawie taką odpowiedź:

       

      Czego Pani chce? rozgrzeszenia? Musi Pani z tym żyć. Dziesiątkom trupów norkowców życia Pani gorzkimi żalami nie przywróci. Oby nie było za późno i nie zmieniła Pani ekosystemu. Wymrą norkowce, później jakiś następny gatunek z łańcucha pokarmowego. Inny bardziej się rozmnoży, zacznie pasożytować na drzewostanie, który będzie usychał lub też może rozmnożą się inne gatunki ryjące. Gleba zostanie spulchniona i zacznie się osuwać. Dając wolność tej hitlerowskiej suce, mając sentymentalne wyobrażenie o przyrodzie jak o stanie natury Rousseau, obsunie Pani w klif swoją nieruchomość. Z naturą nie należy igrać.

      Cliff musiała niestety się do tego maila dokopać i stąd jej trauma

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Cliff na klifie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 11 lutego 2012 20:43
    • moja wielka trauma

      dzień dobry,
      to ja, Cliff, chciałem się trochę wypaszczyć.
      tak jak zapowiedziałem zmieniam płeć. nie żebym tam zaraz po doktorach miał latać, hormony łykać, coś odejmować, coś przyszywać.  mnie te zewnętrzne atrybuty nie robią.  podobnie jak pani Czubaszek od maleńkości nie znoszę dzieci. dlatego decyzja o sterylizacji przyszła mi łatwo. moja kuzynka zapadła po porodzie na  tężyczkę, straszną chorobę zagrażająca życiu. a te obleśne szczeniory dalej na niej wisiały. ja bym tego nie zniosła, pozagryzałabym gady.
      będę się czasem myliła w końcówkach męskich i żeńskich.  to podobno normalne, mózg się tak od razu nie przestawia. słynna pani poseł Grodzka też się myli.
      no więc nie lubiłam nigdy swojej płci. a najbardziej na świecie wkurwiało mnie słowo suka. wersja light, sunia, jeszcze gorsza, jakieś  kretyńskie dziubaskowo.
      dlatego chcę być po prostu psem. psem i tylko psem. desygnatem słowa pies a nie suka. może Was dziwi skąd znam takie wyrazy. kiedyś w mieście sporo książek czytałam. a ostatnio, jak baba idzie spać to sobie lubię poguglać.
      do decyzji o zmianie płci dojrzewałam od dawna. ale parę dni temu, zdarzyło się coś tak traumatycznego, że wciąż nie mogę się pozbierać. wiem, wiem tu nie kozetka. nawiasem mówiąc korzystałam kiedyś z pomocy (ROTFL) zoopsychoterapeuty. może innym razem do tego wrócę. teraz zwierzę się z mojej obecnej traumy.
       
      otóż zostałam nazwana hitlerowską suką! ja, prawdziwy polski pies, zostałam tak paskudnie obrażona. może bym się aż tak nie przejęła gdyby wyraził się tak o mnie ktoś obcy albo wróg.  rzecz w tym, że hitlerowską suką nazwał mnie człowiek, którego bardzo lubiłam i szanowałam.  wydawało mi się, że z wzajemnością. chodził ze mną czasami na spacery, na szczepienia, to on zawiózł mnie na zdjęcie szwów po sterylizacji. podobno przykro mu było, że  się ze mną nie pożegnał jak wyjeżdżałam z Warszawy.
      tak, pan Andrzej Kijowski ma niestety rację:  ludzie to świnie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „moja wielka trauma”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 11 lutego 2012 13:05
  • piątek, 10 lutego 2012
    • nadmorska jakość życia. cd

      właściwie od przygody w Ustce sprzed kilku tygodni powinnam rozpocząć epatowanie nową jakością mojego życia. przygody, która dała mi wiele wiele do myślenia. 
      zacznę jednak od pieca. 
      w październiku ubiegłego roku nabyłam w Warszawie auto od osoby patologicznie nieufnej. lęki tego pana, znacznie przewyższające średnią krajową, w sposób przerysowany odzwierciedlają jednak klimat podobnych transakcji w wielkim mieście. 
      pan K., który bardzo rzetelnie przygotował  swoje auto do sprzedaży,  traktował nas (przybyłam do niego na Sadybę z mężem) jak potencjalnych złodziei i bandytów.  odmówił próbnej jazdy w kierunku Wilanowa obawiając się, że mogliśmy go wystawić oczekującym gdzieś w zaroślach naszym wspólnikom rzezimieszkom. pozwolił jedynie na okrążenie paru sąsiadujących z jego domem ciasnych uliczek. poza tym bał się straszliwie, że możemy zapłacić fałszywymi pieniędzmi. dlatego poprosił o wpłatę w jego banku.  podczas przelewania należności na konto wielokrotnie upewniał się u kasjerki, czy nie możemy za chwilę wrócić, aby anulować przelew. kasjerka wyjaśniała, że wpłaty dokonanej na czyjeś konto nikt cofnąć nie może. ale pan K. jej też do końca nie ufał. w dodatku na formalne potwierdzenie wpłynięcia pieniędzy na konto miał czekać kilka godzin, aż bank je zaksięguje.   cierpiał zatem niewyobrażalnie.
      dalszym odzwierciedleniem jego lękowej postawy wobec świata były zabezpieczenia auta. alarm z dodatkową funkcją antynapadową, na wypadek  gdyby ktoś panu K. w trakcie jazdy czy postoju postanowił auto wyszarpać. w takiej sytuacji  zmyślny immobilizer po 150 metrach unieruchamia definitywnie pojazd. gdyby do unieruchomienia auta doszło  przez przypadek czy awarię urządzenia, a nie zuchwały napad, należy nacisnąć starannie ukryty przycisk odblokowujący. gdzie jest ulokowany ten przycisk poinformował mnie mąż, któremu pan K. całą sprawę starannie wyłuszczył. niestety nie słuchałam uważnie, wiedza ta wydała mi się mało porywająca i całkowicie zbędna. 
       
      wracam zatem do przygody. traf chciał, że ten koszmarny immobilizer był uprzejmy wkroczyć do akcji gdy dojeżdżałam do sporego skrzyżowania w Ustce. zostałam unieruchomiona przy próbie skrętu w prawo. nie mogłam nawet włączyć świateł awaryjnych. zadzwoniłam do męża, aby pomógł mi zlokalizować słynny przycisk, ale mimo instrukcji jakoś nie potrafiłam go znaleźć. po kilku minutach na środkowym pasie pojawił się spory samochód z lawetą do ściągania wraków. kierowca wysiadł i zaproponował, że mnie na tę lawetę zapakuje.  nie byłam zainteresowana taką usługą, marzyłam o znalezieniu przycisku. poprosiłam pana od lawety, aby mi w tych poszukiwaniach dopomógł. sądziłam, że odstawi gdzieś na bok swój imponująco szeroki pojazd, a i mój zepchnie na chodnik. nic z tych rzeczy. od razu radośnie przystąpił do poszukiwania guziczka.
      i tak wspólnymi siłami zablokowaliśmy dwa pasy skrzyżowania na blisko pół godziny. nadjeżdżające samochody miały do dyspozycji jedynie lewy pas.  pan laweciarz też nie miał włączonych świateł awaryjnych. z rosnącym przerażeniem obserwowałam jak coraz więcej aut ustawia się za nami. zmieniały się kolejne światła, kierowcy stali i czekali...
      nawiasem mówiąc pan od lawety przycisku też nie znalazł. po jego odjeździe cudem boskim znalazłam sama. potem się  okazało, że rozładowała się bateria w pilocie tego ustrojstwa i do czasu nabycia nowej auto rytmicznie się zatrzymywało. klnąc naciskałam  guzik, aby po chwili znowu stanąć. ale to było potem. na razie była blokada skrzyżowania.
       
      i co? i nic. po jakimś czasie kierowcy orientowali się, że stoją przed nimi dwa trupy i przemieszczali się na trzeci pas. bez klaksonów. bez pretensji. bez wymownych min. bez wznoszenia oczu ku niebu. bez znaczącego stukania się w głowę. w milczeniu, bez jakichkolwiek uwag i pouczeń.
       
      taka sytuacja w Warszawie niechybnie zakończyłaby się linczem. a gdyby nawet udało się człowiekowi ujść z życiem, to ileż by wysłuchał i zobaczył... nienawiść  i agresja
      w kłopotliwej sytuacji na jezdni, znacznie banalniejszej niż opisana, to w stolicy niestety standard.
       
      wiele  lat temu stałam na parkingu pod gmachem Intraco w oczekiwaniu na zwalniające się  niespiesznie miejsce.  z drugiej strony nadjechał  mocnym, solidnym autem taksówkarz.  byłam pierwsza i jak się to miejsce w końcu zwolniło, małym fiatem łatwiej mi było się na nie wśliznąć.  po chwili zobaczyłam niepokojąco blisko mnie wykrzywioną  z nienawiści twarz taksówkarza: ty kurwo, zaryczał, waląc pięściami w moją szybę. ta scena prześladowała mnie całe lata.
       
      jestem pewna, że w małych miastach w innej aurze kupuje się i sprzedaje samochody. i że taka sytuacja jak niegdyś pod Intraco na pewno mi się tu nie zdarzy. wszystko to razem daje poczucie bezpieczeństwa, komfort i radość istnienia nieporównanie większe niż w warszawskiej dżungli. a kretyńskie urządzenie antynapadowe wraz z autoalarmem usunął mi autoserwis. no jasne, że w Ustce, którą po tej przygodzie pokochałam szczerą miłością.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „nadmorska jakość życia. cd”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lutego 2012 12:10
  • środa, 08 lutego 2012
    • nadmorska jakość życia

       

      byłam dzisiaj pierwszy raz w ośrodku zdrowia. nie widać go z szosy więc nawet nie przypuszczałam, że taki ładny. dobrze schowany, jakby wręcz ukryty na granicy wsi Objazda i Bałamątek

       

       

      moja przychodnia na ul.Wałbrzyskiej w Warszawie, notabene ulokowana tuż obok cmentarza, to taki ohydny niebieski klocek z plastiku. jest ich trochę rozsianych po mieście,  jakiś dar z enerdówka chyba, może nie dar tylko zaimportowana technologia, ale z enerdówka na bank. po prostu oczy bolą jak się na ten budynek patrzy. już lepiej odwrócić się tyłem i spoglądać na cmentarz, zawsze to jakaś pociecha w chorobie, że niebawem człowiek przestanie się enefzetowi naprzykrzać.

      nie jestem chora, potrzebna mi była tylko recepta. przyjechałam pół godziny przed końcem godzin przyjęć lekarza. ośrodek był już pusty. przyjął mnie od razu doktor doktor (tak, tak z doktoratem!) sympatyczny, komunikatywny, wysoki, szczupły o  urodzie Rudolfa Valentino w wieku dojrzałym.

       

      moja warszawska lekarka, która nazywa się jak prominentny polityk SLD urodę i styl ma zapożyczone chyba od kelnerki z komunistycznego baru _Praha_, albo z _Grubej Kaśki_ . jak coś do człowieka mówi, to głównie o tym, że jest nas za dużo i ona nie wyrabia. fakt. w ciasnych korytarzykach klocka z enerdówka o każdej porze kłębi się dziki tłum.

       

      niestety w aptece, a dokładniej punkcie aptecznym okazało się, że terminal do kart mają tylko w sezonie. dziwne to, bo w każdym sklepie w okolicy można płacić kartą. recepta byla na sporą sumę, ale pilnie potrzebny był mi tylko lek najtańszy, szczęśliwie wypisany na oddzielnej recepcie. kosztował 30 zł, a ja miałam tylko kilkanaście. poszłam do sklepu i zaproponowałam pani sklepowej taki deal: doliczy mi 20 zł do zakupów, za które zapłacę kartą i da mi te 20 zł do ręki. lotna pani w mig pojęła o co chodzi i zgodziła się bez żadnych oporów. w ten sposób wykupiłam lek. a sklep zyskał wdzięczną klientkę, która będzie wracać.

      czy wyobrażacie sobie minę ekspedientki w Warszawie gdybym złożyła jej taką propozycję? zresztą w życiu bym nie złożyła,  bałabym się, że mnie zrzuci ze schodów.

      a morze dzisiaj było pod wieczór ciemne i gniewne, ale wytworne. lody puściły.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „nadmorska jakość życia”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 08 lutego 2012 12:25
  • poniedziałek, 06 lutego 2012
    • widziane z dołu

       
      okiem psa
       
      psa marki suka, jak mawiał w _szkle kontaktowym_ pan Wojciech Zimiński
       
      nie zgadzam się żeby o mnie w jakimś PS pisano. a wytykanie komuś niskiego wzrostu to po prostu chamstwo.
      będę tutaj czasami sama wchodziła się wypaszczyć.  w internecie to chyba każdemu wolno.
      wczoraj były jaja jak berety. przez tę babę co z nią mieszkam rzecz jasna. ona się uważa za jakąś panią, wrzeszczy np. do mnie: _panią gryziesz?!_
      widział kto kiedy panią w gumofilcach i poszarpanych dżinsach! ROTFL, że po internaucku powiem.
      no więc ta baba kupiła mi na allegro buty. tak, tak nie śmiejcie się...właśnie buty. to jeszcze w Warszawie było, bo strasznie solili pod blokiem i piekły mnie łapy. tyle że  ja o buty nikogo rzecz jasna nie prosiłam. baba parę razy próbowała mi je założyć, ale w końcu od czegoś mam zęby, co nie? no więc dała spokój. 
      wczoraj okazało się, że ona tych butów nie wyrzuciła. przywiozła je nad morze. tylko najwyraźniej bała się już mi je wmuszać. ale przyjechała jej koleżanka ze Słupska, Ula. porządna osoba, przywiozła mi moje ulubione schmakosy. no więc  baba co z nią mieszkam poprosiła tę Ulę, żeby spróbowała mi buty założyć. Ula jeszcze nie poznała moich możliwości więc zdziwiła się, że baba mi kaganiec zakłada. postanowiłam ją podpuścić i dałam sobie dwa buty założyć, ale przy trzecim przykładnie się na nią rzuciłam. to zawsze robi wrażenie, nawet jak jestem w kagańcu. Ula nie wymiękła tylko zrobiła przerwę. jakieś bajery mi wcisnęła  i po chwili już byłam obuta, psia kostka! na szczęście okazało się, że tylko buty przednie są na mnie dobre, tylne chyba za duże, bo spadały. no więc baba uznała, że same przednie to bez sensu i odpuściła. tym razem już chyba definitywnie. wyobrażacie sobie, jakby mnie tu wsiowe koleżeństwo obśmiało za te buty? już i tak mam u nich przechlapane, bo w palcie jak miastowa chodzę. no ludzie, chyba są jakieś granice obciachu???!!!
       
      a to takie buty
       
       
       
       
      baba mówi, że jutro odpowie na komentarze, bo dzisiaj czyta książkę
       
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „widziane z dołu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lutego 2012 20:03

Tagi

Kanał informacyjny