klif on-line

Wpisy

  • czwartek, 11 stycznia 2018
    • Wicie

       

                 w okresie okołoświątecznym dwa razy (dlatego na zdjęciach jest różne światło) odwiedziłam Wicie. wieś jest niewiele większa od Poddąbia, według Wikipedii ma około 50 stałych mieszkańców. jadąc do Darłowa czy Jarosławca warto zboczyć z trasy zaledwie parę kilometrów. chociaż sama miejscowość jest dość rozwlekła i zabudowana raczej chaotycznie, to przylegający do niej skrawek wybrzeża ma swój niepowtarzalny urok. niezbyt długi, w przeważającej części gliniany klif nie może konkurować z poddąbskim. jest jednak bez wątpienia niezwykle malowniczy, trochę dziki, zapadający w pamięć, a niekiedy także w serce. wszystkim fanom Bałtyku szczerze taka wycieczkę polecam.

        



       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Wicie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 stycznia 2018 15:59
  • niedziela, 07 stycznia 2018
    • jak chorowałam na mocznice

       

             dzień dobry, to ja Cliff. bardzo dawno jusz nic nie pisałam. jak ktoś tu zaglonda niezbyt długo, to może siem zdziwić że ja umiem pisać. no umiem, chociasz żadnej Psorbony ani Hauwardu nie skończyłam. samoukiem jestem. mam fprawdzie trochę problemuf z ortografiom, ale jak na psa to chyba nieźle sobie radze.

               taki nas marazm poświonteczny z babom dopadł, że asz musiałyśmy w marynarza zagrać, ktura coś skrobnie. a że na mnie wypadło, to najpierw troche sie pożale, a potem sie pochwale. zaczne od tego, że miałam bardzo trudnom jesień. z czystym sumieniem moge powiedzieć, że przez babe. najpierw zaczęła mnie baba wąchać. okropnie to było irytujonce, bo pszeciesz od wąchania to ja jestem. wąchała tak mnie i wąchała asz orzekła że całkiem brzytko pachne. sikami, albo moczem jak kto woli. wienc sie zapytała jednego weta z Warszawy co to może być. wet babie powiedział, że mnie przez internet leczyć nie bendzie. i tylko kazał zrobić badania krwi i moczu, żeby wykluczyć najgorsze. a to najgorsze to miała być jakaś mocznica.

               poguglałam sobie w nocy i sie dowiedziałam, że to jest bardzo powarzna choroba: ostatnie stadium niewydolności nerek. no i że się od tego umiera. trochę się pszestraszyłam, ale jak wiele razy jusz mówiłam umierać to ja nie mam zamiaru. baba tesz o tej mocznicy poczytała i bardzo sie o mnie martwiła. tylko coś jej się nie zgadzało. bo pies na te mocznice chory powinien być apatyczny, nie mieć apetytu i chudnońć. a ja wesoła byłam,  apetyt miałam doskonały i nic a nic nie chudłam. ale sikami to faktycznie niezbyt pszyjemnie pachniałam.

               kombinowała baba jak ode mnie te siki do analizy pobrać, no i jak ja zniosem to wkłuwanie się mi w żyłe przez weta do pobrania krwi. i tak czas płynoł, a ja ciongle tym moczem jechałam. a baba dalej mnie wonchała. beznadziejne to było. asz w końcu coś baba otkryła. tym moczem w wypadku mocznicy to powinno jechać z paszczy, a ona skumała że to moje futro tak niepachnie. no i wcionż na chorom nie wyglondałam. i wtedy baba wymyśliła, że może ja sobie sikam na futro. faktycznie łapy okropnie kosmate miałam i w ogóle tego futra za dużo. zamiast  wienc robić te pszykre badania w lecznicy pojechałyśmy do Ustki do pani Anety, psiej fryzjerki. na oko wyglądała ta pani dużo pszyjemniej nisz pan Jarek, co po tym jak mnie kiedyś oszpecił nigdy jusz do niego nie pójdziemy. tyle że sie okazało, że ta pani Aneta jeszcze gorsza i rence ma chyba z żelaza. jak mnie w taki żelazny uchfyt złapała to z godzine bez żadnej pszerwy te tortury trfały. calutkie łapy mi maszynkom wystrzygła. ale pomogło. skończyło sie wreszcie wąchanie, skończyła sie mocznica. bo ja rzeczywiście obsikiwałam sobie futro. niestety łapy mam teraz cieniutkie i brzytkie jak kura. 

                 a pochwalić sie chce sylwestrem. do tej pory fszystkie moje sylwestry spendzałam w ciemnych kątach: pod schodami, albo pod stołem. bo ja sie strasznie petard i fajerwerkuf boje. w tym roku było całkiem inaczej. byłyśmy z babom u Pani Julii. koło północy Pani Julia wyjeła z pieca pięknie pachnoncą kaczke. jak ja sie  z tej kaczki niespodzianki ucieszyłam!  cały czas patrzyłam łakomie jak pani Julia jom kroi i na osobny talerzyk do wystygniencia dla mnie i dla Gandzi odkłada. i dlatego prawie fcale tych fstrentnych petard nie słyszałam. za to Gandzia trzensła się ze strachu, ale ona sie mało jedeniem interesuje, dziwna jakaś.

              teraz to jusz na każdego sylwestra każe babie piec kaczke i może w ten sposób ten muj koszmar petardowy się skończy.   jeszcze raz dzieńkuje za fspaniałom niespodzianke, Pani Julio.

       

       


       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „jak chorowałam na mocznice”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 stycznia 2018 12:26
  • niedziela, 31 grudnia 2017
  • czwartek, 28 grudnia 2017
  • piątek, 22 grudnia 2017

Tagi

Kanał informacyjny