klif on-line

Wpisy

  • środa, 27 września 2017
  • niedziela, 24 września 2017
    • gdzie te grzyby?

       

              rozpoczyna się moja siódma jesień na klifie. wierzę, że będzie to wyjątkowo piękna jesień, jak na magiczną cyfrę przystało. niestety, jeśli chodzi o grzyby, sezon u nas wyjątkowo marny, chociaż w innych regionach grzybów podobno nie brakuje. czytałam kiedyś, że grzyby jadalne pojawiają się zawsze w towarzystwie innych grzybów: jeśli więc w lesie jest pusto, to należy przełożyć grzybobranie na lepsze czasy. a tymczasem okoliczne lasy są pełne grzybów niejadalnych i trujących. jak  widać nie jest to warunek wystarczający, bo znajdowane jadalne można policzyć na palcach jednej ręki. z wyjątkiem kurek i niemek, których trochę można znaleźć. oczywiście nie opieram się na własnych doświadczeniach, bo grzybiarka ze mnie słaba i mało ambitna. taka jest opinia wytrawnych grzybiarzy jak Jula, czy pani Danusia, a także osób przypadkowo spotkanych w lesie z zupełnie mikrymi zbiorami.

             jeśli chodzi o niemki, to jest wyższa szkoła jazdy i mało kto umie je rozpoznać. ja nawet nie próbuję. w tym roku po raz pierwszy obchodząc klif spuszczam wzrok, co jak wiadomo jest  warunkiem koniecznym do znalezienia czegokolwiek z runa leśnego. dlatego po raz pierwszy znajduję na klifie kurki. w ilościach nieprzesadnie hurtowych, ale dla mnie na jeden posiłek w sam raz.

       

       

      

       

       

               przypomniałam sobie, o programie fotograficznym Fotor, którego jestem abonentką, a w ogóle z niego nie korzystam. dlatego podrasowałam te moje skromne kurki i pozostałe grzyby (wszystkie niejadalne) programem Fotor GoArt opcja realistic. jak się za coś płaci, to należy korzystać:)

       

      

      

       

       

       

       

       

      

      

       

       

      

       

      

             jak na razie, najbardziej obrodziły u nas purchawki. ale być może Matka Natura nie powiedziała dotąd ostatniego słowa i ta nasza smętna karta grzybowa jeszcze się odwróci.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „gdzie te grzyby?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 września 2017 16:38
  • czwartek, 21 września 2017
  • sobota, 16 września 2017
    • starość

       

       

             jadę do Ustki. w połowie drogi pogoda zaczyna się zmieniać. ostre słońce znika, pojawiają się chmury. ale jakie chmury! między Wytownem a Przewłoką obserwuję niesamowity spektakl na niebie. chmury, dokładnie cumulusy, tworzą fantastyczne, baśniowe konfiguracje: zamki, pałace, góry, doliny, rzeźby postaci, smoki skrzydlate...chyba jeszcze nigdy takich cudów na niebie nie widziałam. może zresztą dawno temu widziałam, ale nie potrafiłam docenić, albo się za bardzo nie przyglądałam. człowiek młody nie jest przesadnie wyczulony na takie zjawiska. niby widzi, ale w sumie bardziej jest zanurzony w problemach egzystencjalnych. dopiero z wiekiem czuje się częścią przyrody i łapie z nią bliższy kontakt.

             jest więc zjawiskowo pięknie, a nawet, co wydaje się wręcz niemożliwe, coraz piękniej. jak to mówił Himilsbach: w tak pięknych okolicznościach przyrody i tego...niepowtarzalnej ...no właśnie. nic tylko stanąć i się pogapić. i oczywiście wyjąć aparat z plecaka. tyle że nie chce mi się zatrzymać. zwyczajnie mi się nie chce. jakaś niemoc, niemożność podjęcia decyzji, lenistwo, a może po prostu zwykłe dziadostwo. chciałabym, ale nic z tego chcenia nie wynika. chyba na tym polega starość niestety.

             robię w Ustce zakupy i cały czas myślę o tych chmurach. ależ durna baba ze mnie. przecież aż tak bardzo się nie śpieszyłam, a podobne zjawisko się szybko nie powtórzy. może za mojego życia już nigdy. idę do fryzjera w dalszym ciągu z głową w tych cumulusach. w ten sposób nie zauważam, że fryzjerka zanadto się rozhulała. zamiast skrócić mi włosy o 2 cm jak prosiłam, ostrzygła mnie niemal na jeża. lubię jeże, ale nie na głowie, zwłaszcza własnej. o jeżu, coś okropnego, taką fryzurę ostatni raz miałam w liceum! jestem wściekła, jednak specjalnie tego nie demonstruję. no bo co mi to da, jak już jest po herbacie? wszystko przez te chmury. trudno, stało się, będę chodziła w czapce. może kiedyś mi te włosy odrosną.

             pozostaje główny cel wyjazdu: wizyta u lekarza. jadę do specjalistycznej przychodni położonej poza Ustką. z powodu remontu wiaduktu trzeba pokonać koszmarnie długi i zawiły objazd. w pewnym momencie strasznie trzęsie, czuję żołądek w okolicach gardła. no tak, pewnie złapałam gumę. należałoby się zatrzymać i sprawdzić. ale mi się nie chce stawać. jak nie stanęłam żeby obejrzeć chmury, to mam stanąć flaka oglądać? i tak sama nie zmienię koła, nawet nie jestem pewna, czy mam zapasowe. czyli znowu ta niemoc starcza...na szczęście nieoczekiwanie przestaje trząść, bo zmieniła się nawierzchnia. i jest normalnie. chwalić Boga, bo kto by mi w tej dziczy koło zmienił, zwłaszcza jeśli nie mam zapasowego. humor trochę mi się poprawia.

             za to w przychodni całkiem nieciekawie. kolejka do specjalisty jak za komuny po cytrusy. podobno przyjmuje do ostatniego pacjenta. no to może do północy da radę. mam ochotę zrobić w tył zwrot. zastanawiam się, czy te chmury na pewno już zniknęły. może jest jeszcze jakaś szansa...jasne, te same chmury po przeszło trzech godzinach...czekają tam na mnie cierpliwie, dodatkowo Matka Natura wręczy mi bukiet róż za refleks. jak człowiekowi na czymś bardzo zależy, to dramatycznie głupieje. zostaję zrezygnowana w przychodni. tymczasem kolejka nadspodziewanie szybko się przesuwa. specjalista poświęca 3-4 minuty na osobę. mnie też załatwia ekspresowo. odmownie. mam wrócić za tydzień. wracam do Ustki w żółwim tempie. tym razem objazd zakorkowany. gdy docieram do Przewłoki oczywiście nie ma już śladu po zjawiskowych chmurach. niebo bure i gładkie jak pupa noworodka.

             po powrocie do domu wyprowadzam stęsknioną Pannę Cliff na spacer. zapomniałam o czapce, więc naciągam na głowę kaptur. od strony lasu idzie moja ulubiona sąsiadka. jak zawsze uśmiechnięta, starannie uczesana, z makijażem. patrząc na mój kaptur pyta, czy mi zimno. nie, tylko myłam głowę i mam trochę mokre włosy - zmyślam niezdarnie. ulubiona sąsiadka jest w zbliżonym wieku. mówiąc o kłopotach ze snem i paru innych wątpliwych urokach starości leje miód na moje serce. szczególnie ujmuje mnie tym, że wcale nie narzeka. z nieodłącznym uśmiechem stwierdza że tak się sprawy mają i tyle. godne pozazdroszczenia podejście do życia. dziwię się, że tak rzadko się widujemy. - a bo nie chce mi się wychodzić, spotykać, rozmawiać. siedzę w domu, albo na podwórku. jak dzik - mówi, a ja czuję do niej coraz większą sympatię. moja grupa krwi. ja też się robię jak dzik. jak zauważył Hemingway: potrzeba dwóch lat by nauczyć się mówić,  a pięćdziesięciu - by nauczyć się milczeć. myśmy się nauczyły. cieszę się, że nadchodzi jesień, a Poddąbie pustoszeje. Jula, która od czasu do czasu gdzieś mnie wyciąga, pewnie niedługo pojedzie do Gdyni. a ja nie pojadę do Warszawy, ani nigdzie. będę tu sobie jak dzik siedziała. jak dzik w czapce.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „starość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 16 września 2017 20:55
  • sobota, 09 września 2017

Tagi

Kanał informacyjny