klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 30 października 2016
    • nasze początki na klifie

       

             gdy jesienią 2011 roku sposobiłam się do zamieszkania w Poddąbiu, wśród krewnych i znajomych przeważały opinie że jest to pomysł nieprzemyślany, ekstrawagancki i absurdalny. mówiąc wprost: totalnie od czapy. no bo trzeba kompletnie nie mieć wyobraźni, żeby zamieszkać na takim zadupiu. bez - kolejność wyliczanki przypadkowa - sklepu, apteki, lekarza, znajomych, rodziny. do tego kilka kilometrów od normalnej szosy. normalnej, czyli takiej, która dokądś prowadzi. wieszczono mi, że bezludną drogę dojazdową przez las na pewno zimą zawieje. a na nieutwardzonych drogach i leśnych duktach w pobliżu domu, wiosną i jesienią niechybnie będę tonąć w błocie. poza tym, nie mam natury pustelnika, więc na tym odludziu nie wytrzymam. zresztą przekonam się sama, że to nie dla mnie i wrócę do Warszawy z podkulonym ogonem szybciej niż mi się wydaje.  

             nie polemizowałam, bo i po co. zresztą skłamałabym mówiąc, że te czarne scenariusze, ani trochę mnie nie ruszały. miałam wprawdzie doświadczenie z bytowania w dawnych czasach w domu nad Jeziorakiem, ale to nie całkiem to samo. tamta wieś była duża, ze sklepem, położona przy w miarę ruchliwej, regularnie odśnieżanej szosie. zresztą w zimie były to pobyty najczęściej kilkudniowe, przeważnie z mężem, chociaż nie zawsze. no i byłam wtedy młoda i w miarę zdrowa.

             trzeba się było zatem jakoś na te rozliczne kataklizmy przygotować. kiedy w budce z obuwiem na rynku w Ustce wypatrzyłam gumofilce - model klasyczny - ucieszyłam się jak dziecko. identyczne miałam na Mazurach, zdobyte jak to w Peerelu bywało poprzez handel wymienny. podobnie jak tamte sprzed lat te również były o parę numerów za duże. ale nic to, podobno mniejszych nie produkują. szybko się zorientowałam, że jest to obuwie w Poddąbiu całkowicie egzotyczne i chyba już w zaniku na polskiej wsi, przynajmniej wsi pomorskiej. z moich obserwacji wynika bowiem, że oprócz mnie, gumofilcami pochwalić się może jedynie mój ulubiony sołtys, tyle że on rezyduje w Machowinku.

                następnie nabyłam sobie do kompletu długą pelerynę oraz niezwykle klimatyczną sztruksową czapkę uszatkę na sztucznym, kosmatym futerku. sporą zamrażarkę i dwie szafki wypełniłam zapasami jak na wojnę. dzięki tym zabiegom poczułam się całkowicie przygotowana do deszczowej, błotnistej jesieni i długiej, mroźnej zimy.

       


       gumofilce służą mi do dzisiaj. uszatkę, doskonale sprawdzającą się na wietrznej plaży wysępiła ode mnie córka, wielbicielka peerelowskich klimatów. podkrada mi też czasami gumofilce, ale tylko na miejscu

       

              a tymczasem...

             jesień 2011 była wyjątkowo piękna, sucha i słoneczna. trwała nieprzerwanie do połowy stycznia 2012, kiedy to pojawił się pierwszy, nieśmiały śnieg. większe opady śniegu nastąpiły dopiero w lutym. wówczas, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, ale i rzecz jasna radości, pod domem zaterkotał sympatyczny traktorek z pługiem. wysyłany w miarę potrzeby przez nieocenionego Pana Edwarda - sołtysa - regularnie odśnieżał Poddąbie. tym samym droga dojazdowa zawsze była przejezdna

       



       

       

          internet miałam już na początku listopada, taki sam jak w mieście, stacjonarny. nie miałam pojęcia, że na wsi podobne bajery są w ogóle możliwe. zaprenumerowałam też gazetę. a pod koniec stycznia zaczęłam pisać bloga

       

       


            

       

             pierwszą koleżankę, Ulę, poznałam w listopadzie. wczesną wiosną powróciła z Australii Jula, niedługo później pojawiła się w moim życiu Czesia. natura pustelnika okazała się więc zbyteczna. niestety Ula obraziła się na mnie w zeszłym roku. sytuacja była dość niezręczna, być może miała rację. ale z pewnością nie stało się nic aż tak poważnego, abyśmy miały zakończyć znajomość. Ulu, jeśli to czytasz, odezwij się proszę. w dalszym ciągu jest mi głupio...

             sporo problemów nastręczała początkowo Cliff, która jak łatwo się domyślić, przyjechała tu z zupełnie innym imieniem. najpierw, jak to norowiec, nałogowo robiła podkopy do różnych leśnych rezydencji



       

       

       

              ogromnie mnie to martwiło, zaczęłam zakładać jej smycz i kaganiec. na szczęście, jakimś cudem, dość szybko jej się to znudziło. spadł mi kamień z serca, bo prowadzenia psa na smyczy nie lubię, kojarzy mi się z miastem. gdy spadł większy śnieg okazało się, że jamnik słabo sprawdza się na nieodśnieżonych leśnych ścieżkach. paltociki, które trochę chroniły ją przed "oblodzeniem" systematycznie gubiła, chodząc w sobie tylko wiadome miejsca

       


       

       

       

       

            jednak trzeba było się jakoś zaadaptować do nowych warunków. pocieszałam się, że przynajmniej nie ma tu soli, która czasami wręcz uniemożliwiała jej poruszanie się po warszawskich chodnikach.  myślę, że gdyby osobiście miała wybrać sobie miejsce do życia między Poddąbiem a Warszawą, to podobnie jak ja nie miałaby wątpliwości. zresztą coraz mniej jest w zimie dni z opadami śniegu, zwłaszcza z dużymi opadami. poza tym, nie zawsze muszę ją zabierać do lasu.

             gdy nastała nasza pierwsza wiosna na klifie rozchorowałam się i na dwa miesiące wróciłam do Warszawy. następną zimę również spędziłam w Warszawie. to były dwie moje najdłuższe absencje w Poddąbiu. chociaż więc czarne scenariusze niekoniecznie się sprawdzają, wszystkiego przewidzieć się nie da. dlatego wolałabym nie rozśmieszać Pana Boga mówiąc głośno, gdzie chciałabym spędzić resztę życia. 

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „nasze początki na klifie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 października 2016 00:08
  • sobota, 22 października 2016
    • coś się zacięło, przepraszamy

       

             "coś się zacięło, przepraszamy. spróbuj ponownie. czasem tak jest, że rzeczy chwilę nie działają." taki komunikat pojawia się na Bloxie coraz częściej. w różnych sytuacjach. czasem nie można się zalogować. czasem pożre komentarz. to oczywiście irytuje, ale bez wielkiego bólu da się powtórzyć. gorzej jeśli pożre cały wpis, jak mnie przed chwilą. niby nie jest to jakiś szczególny dramat, ale złości przeokropnie. mówiąc niecenzuralnie - czasem trzeba - wręcz wkurwia. niektórzy się przełamują i piszą po raz drugi. a czasem po raz trzeci, jak ostatnio Święta Jesienna Kobieta. ja niestety taka wytrwała nie jestem, zresztą nie potrafię napisać tego samego jeszcze raz. coś się we mnie zacina. przepraszam.

             może pora zmienić platformę blogową? a może pora dać już sobie spokój z tym blogiem? sprawa do rozważenia w długie jesienne wieczory, które uwielbiam...

             nareszcie zrobiło się kolorowo również na klifie

       


       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      ps. od pewnego czasu nie dodaję tagów. nie wynika to jednak z mojego niedbalstwa. po prostu opcja dodawania tagów przestała na moim blogu działać. jak widać, czasem tak jest, że rzeczy przestają działać nie na chwilę, ale na stałe. niestety.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „coś się zacięło, przepraszamy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 22 października 2016 21:51
  • niedziela, 16 października 2016
    • czarna niedziela

       

             na dzień dobry nastąpiło głośne zwarcie w przedłużaczu, takiej listwie z pięcioma gniazdkami. zabobonnie wręcz boję się prądu, ale to przecież nie powód, aby nie stawić czoła sytuacji. tym bardziej, że jedno z tych gniazdek obsługiwało czajnik, a jak tu zacząć dzień bez kawy. zresztą wszystkie gniazdka ważne: bojler, lodówka, pralka kuchenka.. zdarzenie byłoby całkiem banalne, gdyby udało mi się znaleźć inny przedłużacz. niestety mi się nie udało. w grę wchodził tylko taki bez izolacji, ale nie miałam do niego zaufania. zaczęłam smętnie krążyć z czajnikiem po chałupie. kabel okazał się zbyt krótki do wszystkich gniazdek na parterze. na górę już nie chciało mi się iść sprawdzać. brak sukcesu na dole nie napawał optymizmem. nie wiem czemu od razu nie wpadłam na to, żeby zagrzać wodę na gazie. kubek kawy z pewnością by mnie trochę zrelaksował. coraz bardziej poirytowana wygrzebałam z pudła dwa rozgałęźniki, takie kostki nazywane kiedyś złodziejkami, w których próbowałam upchać wtyczki. ale kontakty są za lodówką, ina małej, ciasnej przestrzeni. było mi więc  bardzo niewygodnie manewrować tymi kablami i wtyczkami. zresztą na taką kupę wtyczek najwyraźniej nie było tam miejsca. po kilkunastu minutach nieefektywnej dłubaniny poddałam się. zagotowałam wodę w zwykłym czajniku, zrobiłam kawę i poczułam się nieco lepiej.

             odpaliłam laptopa. włożyłam kartę pamięci, ale stosowny program nie rozpoznawał nowych zdjęć. taka sytuacja zawsze okropnie mnie złości, a jak przedłuża się w nieskończoność to mam ochotę głośno zawyć. za mniej więcej dziesiątym podejściem coś drgnęło: tyle że, zamiast kilkunastu nowych zdjęć program zaproponował  mi zaimportowanie wszystkich zdjęć z karty, w sumie prawie dwóch tysięcy. na to w żądnym wypadku nie mogłam mu pozwolić, więc sprawa nowych zdjęć automatycznie upadła. czyli kolejna porażka. a potem było jeszcze kilka podobnych, którymi nie będę już Was zanudzać. po prostu czarna seria.

             za oknem pięknie świeciło słońce.  zamiast szarpać się z bezdusznym sprzętem postanowiłam pójść na długi spacer z Panną Cliff. wprawdzie na klif nie dotarła jeszcze nasza firmowa złota jesień, ale przecież i bez niej brzydko tu nie jest. poza tym wiadomo: kontakt z przyrodą rozluźnia i w ogóle świetnie wpływa na skołatane nerwy. faktycznie wróciłam do domu w znacznie lepszym nastroju, gotowa do kolejnej tury walki z wtyczkami. niestety zaraz po zamknięciu drzwi poczułam bardzo nieprzyjemny zapach. a dokładniej rzecz ujmując, potworny smród. popatrzyłam na Cliff, która z niewinna minką zdążyła już rozsiąść się na kanapie: szczęśliwie żadnego paskudztwa z lasu nie przywlokła. no cóż, chyba po prostu wdepnęłam w jakąś kupę, pomyślałam, ale intensywność zapachu skłaniała do myśli o najgorszym. szybko okazało się, że zdarzyło się właśnie to najgorsze: Panna Cliff była uprzejma wytarzać się w padlinie. jeśli ktoś nie zna takiej sytuacji z autopsji, niewątpliwie jest szczęściarzem. smród bijący wówczas od psa jest niewyobrażalny, zapewne porównać go można z zapachem wydzieliny skunksa. całe szczęście że pies tym smrodem nie strzyka. błyskawicznie całe mieszkanie zaczęło cuchnąć. w obliczu mojej desperacji Cliff warknęła i wyszczerzyła zęby, aby dać mi do zrozumienia, że łatwo nie będzie. udało mi się jednak założyć jej kaganiec.  bestia w stresie potrafi być agresywna. następnie dostarczyłam ją do specjalistycznej pralni pięknych dziewczyn, Pauliny i Patrycji, które wzięły sprawę w swoje ręce, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

             co za ulga, że ta piękna niedziela powoli się kończy. a od jutra przez co najmniej dwa tygodnie przewiduję krótkie spacery na krótkiej smyczy. i wielkie pranie. i zakup co najmniej trzech przedłużaczy.

             

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „czarna niedziela”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 października 2016 22:01
  • niedziela, 09 października 2016
    • Andrzej Poniedzielski: zachód słońca dziełem sztuki

       

       

             Tytuł: Chciałbym opowiedzieć o moich dwóch spotkaniach ze sztuką. Jedno z jej dzieł należy do kategorii "stworzonych przez najwyższego". To zachód słońca. Drugie natomiast to w całości wytwór ludzkiego geniuszu: "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa(...)*

       

       

      

       

       

             Okoliczności, w których poznałem dzieła sztuki: Zachód słońca zacząłem świadomie dostrzegać w czasie wakacji. Kiedy byłem dzieckiem. Spędzałem je u moich dziadków na kieleckiej wsi.(...)

       

       

       

       

             Emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły: W młodości miałem - być może - bezczelną odpowiedź na to, kiedy ktoś mówił, że "coś jest piękne" - myśląc na przykład o dziele sztuki. Odczekiwałem, po tym, jak padało: "to jest piękne" (chciałem, aby właściwie wybrzmiało), po czym odpowiadałem: "piękny to jest zachód słońca"…


       

      

       

       

             Jako dziecko zażywałem dużo ruchu. Również na wspomnianej wsi. W pewnym momencie dotarła do mnie taka oto refleksja: że to moje zmęczenie, wynikające z całodziennej zabawy na powietrzu na dworze, jest regulowane. Nie może trwać i trwać bez końca. Dlaczego? Ponieważ przychodzi zachód słońca i przynosi ukojenie, spokój, a także radość.

       

       

      

       

       

             Zachód słońca jest dla mnie skończonym pięknem. Niesie wszystkie z ludzkich tęsknot, wymienione w dowolnej kolejności… Czy jest to wolność - bo przecież nie ma lepszej wolności od nocy, a początkiem nocy jest zachód słońca. Czy to nadzieję - bo przecież zachód słońca jest końcem dnia i zwiastuje wschód. A za tym nachodzące jutro.(...)

       

       


       

       

             Jaki wpływ te spotkania ze sztuką miały na moje dalsze życie: Zacząłem regularnie obserwować zachody słońca - każdy był inny, niepowtarzalny. Przynosił jednak to samo: ukojenie, spokój i radość. Był dla mnie znacznikiem harmonii wszechświata, który oznaczał, że to wszystko ma sens. Do dzisiaj zachody słońca skupiają moja uwagę. To dziwne, ale zachód zawsze zaskakuje, chociaż jest jednym z najbardziej stałych zjawisk w naszym życiu.

       

       

       

       

      Zachód słońca oraz "Mistrza i Małgorzata" potwierdzają istotne dla mojego, ale nie tylko, życia sprawy. Zachód określa to, gdzie jestem, dokąd idę i co ze mną będzie. Jest w nim także lekka niepewność… Czy to słońce następnego dnia wzejdzie?

       

      

       

       

       -------------------------------------------------------------------------------------------------------

      nie da się ukryć, że wydestylowałam ten zachód dość tendencyjnie. a przecież również jestem wielbicielką "Mistrza i Małgorzaty"...  

      całość tutaj:

      http://ksiazki.onet.pl/andrzej-poniedzielski-nosze-w-sobie-podswiadomy-strach/gpdfq8

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Andrzej Poniedzielski: zachód słońca dziełem sztuki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 października 2016 21:34
  • poniedziałek, 03 października 2016
    • piąteczka

       

             gdy osiem lat temu po raz pierwszy stanęłam na poddąbskim klifie oniemiałam z wrażenia. patrzyłam z góry na mieniący się kolorami niespokojny Bałtyk i nie miałam najmniejszej wątpliwości, że będzie to miłość do grobowej deski. sierpień zmierzał ku końcowi, z każdym dniem ubywało turystów. a we wrześniu, mimo pięknej pogody, zrobiło się praktycznie pusto.

             w wyludnionym ośrodku Korsarz córka oszalała z egzaltacji. zamiast uczyć się  do przełożonego egzaminu, nałogowo wyśpiewywała chorały gregoriańskie. w domu nigdy ich nie słyszałam, nie miałam pojęcia, że w ogóle zna takowe. jakoś mi się ta jej egzaltacja zaczęła udzielać. siedziałam godzinami na przewróconej brzozie obok przepięknej skarpy i w niemal ekstatycznym  transie wpatrywałam się w morze. w rzadkich przerwach usiłowałam czytać ulubioną "Miłość w czasach zarazy" Marqueza. po raz pierwszy lektura tej książki szła mi opornie, kompletnie nie mogłam się skupić. tak właśnie bywa, gdy człowiek niespodziewanie się zakocha. nawet pies oszalał: zapachy lasu wywoływały w nim euforię i przymus tropienia.

             jak to w melodramatach najczęściej bywa nadszedł dzień przymusowego rozstania. powrót do Warszawy, aczkolwiek kompletnie nie cieszył, wydawał się nie tylko nieunikniony ale też oczywisty. pozostawał odwieczny dylemat: co dalej z tą miłością?

             rok później, w 2009, wróciłam na klif dopiero we wrześniu. to była nieznośnie długa rozłąka. obiecałam sobie, że muszę tu przyjeżdżać co najmniej dwa razy: wiosną i jesienią. ten plan wykonałam już w roku 2010. w 2011 przyjechałam w maju. pojawiło się wówczas nieśmiałe marzenie, aby spędzić tu kiedyś  cały rok, poznać wszystkie cztery pory roku na klifie. jak ogólnie wiadomo każdemu wolno marzyć...

            pewnego dnia, przed przylegającym do lasu domem z zielonym dachem, pojawiła się tablica agencji nieruchomości. dom został wystawiony na sprzedaż. zadzwoniłam właściwie z ciekawości. mogłam być pewna, że cena nie będzie na naszą kieszeń. i oczywiście nie była. tyle że właściciele brali pod uwagę drugi wariant: sprzedaż dwóch niedużych mieszkań stanowiącym boczne skrzydła budynku. po kilku naradach telefonicznych z głównym inwestorem czyli mężem zawarłam wstępną umowę kupna-sprzedaży. pod koniec sierpnia podpisany został akt notarialny, a miesiąc później rozpoczęła się moja przygoda z dala od domu i bliskich.

             przyglądam się uważnie tym skądinąd znanym mi datom i myślę sobie, że los okazał się dla mnie łaskawy. relatywnie łatwo udało mi się zrealizować marzenie, które mogło okazać się jedynie kaprysem. dzisiaj, po pięciu latach, mam pewność: była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w moim niewolnym od zawirowań i błędów życiu.

      cdn (być może)

            

       

             jedno z moich pierwszych zdjęć zrobionych w Poddąbiu. mam do niego wielki sentyment. podobne udało mi się zrobić dopiero po latach, w sierpniu tego roku

      

       

       

             ps. nie tylko nie mam za złe, ale wręcz dziękuję Pannie Cliff za przegryzienie kabla. dzięki niej odkryłam, że życie bez internetu może  być całkiem atrakcyjne, a przy okazji doba znacznie się wydłuża. jak już się rączki zaczynają trząść niczym alkoholikowi na głodzie, można się w ostateczności poratować netem w komórce. ale tylko raz mi się przez krótką chwilę zatrzęsły, gdy chciałam coś sprawdzić  w Wikipedii.

             dla higieny psychicznej postanowiłam od czasu do czasu osobiście ten kabelek przegryzać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „piąteczka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 października 2016 12:42

Tagi

Kanał informacyjny