klif on-line

Wpisy

  • piątek, 30 października 2015
  • poniedziałek, 26 października 2015
  • środa, 21 października 2015
    • łowy na grubego zwierza

             gdy po kilku dniach opadów ciągłych niespodziewanie zaświeciło słońce wybrałyśmy się z Cliff na dłuższy spacer. postanowiłam obejrzeć okolice niewielkich bagien. podobno jest tam ostoja dzików. podobno dziki wybierają takie tereny, bo lubią taplać się w błocie. podobno przy pomocy błota wytwarzają sobie ochronną warstwę na skórze. następnie impregnują ją ocierając się o korę drzew, w miarę możliwości korę z żywicą. niestety nie udało mi się dowiedzieć, do czego im ta impregnacja służy. w zimie mogłaby chronić skórę przed zimnem, ale w lecie, to już nie mam pojęcia, może przed owadami, albo jakimiś pasożytami?

       

      ?

       

            kiedy zobaczyłam za drzewami charakterystyczną szaroniebieską mgiełkę nabrałam podejrzeń graniczących z pewnością, że zbliżamy się właśnie do bagien. nie byłam jednak przekonana, czy jest to odpowiedni teren do spaceru z niewielkim psem. na szczęście Cliff gdzieś się ulotniła i problem rozwiązał się sam. podobno jak człowiek chciałby spotkać leśne zwierzę, to lepiej aby nie towarzyszył mu pies. zdaję sobie sprawę, że przynudzam z tym podobno, ale co ja tam wiem o leśnej zwierzynie i jej upodobaniach. poruszałam się po obrzeżach brzozowego zagajnika porośniętego dość gęsto krzewami. i właśnie od strony tej gęstwiny usłyszałam w pewnym momencie powtarzające się odgłosy stąpania po suchych liściach i przedzierania się przez krzaki. bez wątpienia ktoś był w pobliżu i poruszał się w tym samym kierunku co ja. poczułam lekki dreszczyk, bo nigdy jeszcze w poddąbskich lasach nie stanęłam oko w oko z dzikiem. prawdę powiedziawszy oko w oko to stanęłam wielokrotnie jedynie w Krynicy Morskiej, z tym że wcale nie w lesie, a w centrum miejscowości, po którym to centrum spacerują sobie spokojnie całe watahy dzików. sytuacja całkiem nieporównywalna, więc zaczęłam się lekko niepokoić. a tymczasem ktoś niewątpliwie ciągle szedł  niedaleko mnie. odgłosy jego stąpania utrzymywały się na tym samym poziomie. zatem odległość między nami była ciągle ta sama, całkiem nieduża. no i zaczęłam trochę wymiękać, bo co jeśli by to była osławiona locha z małymi? może to nie jest zbyt rozważne z mojej strony tak się do dzikiej przyrody zbliżać, a do tego jeszcze te bagna. o tym, że chodzenie po bagnach wciąga wiedziałam z internetu. skapitulowałam: postanowiłam opuścić ten szeleszczący zagajnik i wrócić do  ścieżki. a tymczasem ten ktoś jakby mnie śledził, bo obrał ten sam kierunek. zaczęłam iść szybciej, a właściwie prawie biec. w pewnym momencie zorientowałam się, że nie słyszę już żadnych odgłosów. doszłam do ścieżki i powiem szczerze - odetchnęłam z ulgą. ale po paru krokach ktoś się jednak na tej ścieżce  pojawił

       

      ?

       

            szedł z przeciwka, wprawdzie w pewnej odległości ode mnie, ale w ogóle się mnie nie bał. nie był to mały dziczek, bo przecież miałby paski. zwierz choć nie był duży, był jednak gruby. w zbliżeniu wyglądał tak

       

      

       

            zna ktoś może takie zwierzę?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „łowy na grubego zwierza”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 21 października 2015 19:15
  • czwartek, 15 października 2015
    • życie kulturalne dzikich

       

             jakkolwiek się to może komuś wydać dziwne, nawet nam, mieszkańcom poddąbskich lasów, zdarza się niekiedy otrzeć o kulturę. ba, bywamy nawet na listach mailingowych stosownych instytucji w Ustce, dzięki czemu wiemy zawsze z wyprzedzeniem co jest grane. w tym roku sezon kulturalny w usteckim dom kultury otworzył koncert kameralnego zespołu lidera Raz Dwa Trzy, Adama Nowaka. nowy zespół, w bardzo atrakcyjnym składzie, (patrz plakat) nazywa się Akustik Amigos i działa od niespełna dwóch lat.

       

      

       

       

             o ile wyjście na taką imprezę to dla osoby z miasta kaszka z mlekiem, dla nas jest to często spore wyzwanie. chociaż nie dla każdego z tych samych powodów. ja z reguły wpadam w popłoch, że należałoby się jakoś szczególnie ubrać. ale też na popłochu szczęśliwie się kończy. najpierw nieodmiennie zastanawiam się, czy ja w ogóle do Poddąbia przywiozłam jakąś spódnicę. nie jest to pewne, jako że od czterech lat niczego takiego na sobie nie miałam. wczoraj, ambitne plany ubrania się jak człowiek, przerwała mi ponura refleksja: nawet jeśli uda mi się dokopać do jakiejś spódnicy, to przecież przytyłam tutaj i na pewno nie dałabym rady jej dopiąć. z ulgą wskoczyłam więc w najmniej złachane dżinsy i rozpoczęłam żmudne poszukiwanie kompletnie nieprzydatnych butów typu miejskiego. z nadejściem chłodów noszę tu wyłącznie buty trekkingowe, co jest i tak pewnym postępem, bo na początku chodziłam w całkowicie już na wsi niemodnych gumofilcach. niechybnie darowałabym sobie te miejskie buty, ale zaistniał szczególny powód do ich poszukiwań. w wyprawie mieli nam bowiem towarzyszyć Ania i Romek, mieszkańcy sporej metropolii. los rzucił ich tylko na parę dni do Poddąbia, więc nie chciałam robić im zbyt wielkiego obciachu. z kolei Julia, w porywach kobieta światowa i elegancka, miała zgoła inne problemy: jako posiadaczka licznego drobiu, w dodatku rezydującego poza Poddąbiem, przed wyjazdem na koncert musiała drób ten zagonić do odpowiednich pomieszczeń. i tak, podwieziona przez Romka pod bramę, ruszyła w zwiewnej kreacji i wytwornych pantofelkach na wiejskie podwórko czynić swą powinność. niestety czasu było niewiele więc operacja nie została w całości ukończona. z gracją wytarła buciki o trawę i popędziliśmy do Ustki. a po koncercie znowu podjechaliśmy pod tę rezydencję. Romek skierował światła auta na kurnik, aby ułatwić hodowczyni niewdepnięcie pantofelkiem w ptasie odchody, nazwane zresztą przez niego dosadniej.

       

       

       

             koncert uważam za bardzo udany, chociaż po wejściu na salę miałam okazję skonstatować, że zdziczałam już dokumentnie. widok, a także konwersacje kilkudziesięciu osób na sali w zestawieniu z sielską ciszą pustego posezonowego Poddąbia wydały mi się dziwne i dość nieznośne. na szczęście wkrótce zgasło światło i magia muzyki zaczęła działać. w programie znalazły się utwory m.in. do slów Herberta, Grechuty, Młynarskiego i oczywiście Adama Nowaka. piosenki z repertuaru Raz Dwa Trzy można było usłyszeć przeważnie w nowych aranżacjach zespołu muzycznie doskonałego. osobiście dwukrotnie poczułam silne dreszcze: słuchając Marka Aureliusza (wiersz Herberta Do Marka Aurelego) i evergreenu Wojciecha Młynarskiego i Leopolda Kozłowskiego, w nowej aranżacji - Tak jak malował pan Chagall. w sumie warto niekiedy ruszyć się gdzieś z naszej pięknej dziczy. byle niedaleko i na krótko.

       

      

       

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „życie kulturalne dzikich”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2015 14:44
  • niedziela, 11 października 2015
    • mój apel do jamników

             jusz my som z babom cztery lata na tym klifie. muszem siem przyznać, że na początku byłam bardzo dokuczliwa dla rużnych stworzeń. jak zwęszyłam kogoś w norze, to od razu siem do kopania zabierałam. - no cuż, pszeciesz jestem norowcem - myślałam sobie. baba wrzeszczała, pszypinała mi smycz, a nawet - o zgrozo -zakładała kaganiec. buntowałam siem, bo byłam pszekonana, że moje zachowanie jest w porzondku. teraz jusz nie jestem taka zawzienta i obie z babom siem zastanawiamy dlaczego tak siem zmieniłam. prawdem mówionc to nie mamy pojencia skond ta metamorfoza. może do mnie dotarło, że ja jestem osobom zwierzęcom domowom, a las należy do tych zwierząt dzikich co one domów nie majom tylko te swoje nory? wienc wychodzi na to, że jak jestem w lesie, to jestem ich gościem. szkoda tylko że one som mało kólturalne i niczym gości nie czenstujom. no ale próbujem je zrozumieć: som ogólnie niezamożne, a do tego nieufne. żyjom w ciongłym strachu, bo majom różnych wrogów naturalnych. to co ja jeszcze bendem im dokładać stresuf? ja tesz mam swojego wroga w Poddąbiu, którego siem bardzo bojem wienc wiem jak to jest. dlatego jusz tylko czasem tak dla sportu kota sobie pogoniem, albo mewę na plaży. ale najlepiej lubiem wpatrywać siem w morze i marzyć o lepszym życiu

       

      ?

       

             trochem niepoczebnie siem rozgadałam, ale jusz pszechodzem do rzeczy. niedawno wpadło mi w łapy takie zdjencie

       

       

       

              jak tylko zobaczyłam te powieszone martwe lisy i te jamniki szorstkowłose na rencach to od razu nabrałam złych pszeczuć. a tu jeszcze siem okazało, że to siem wydarzyło w naszych okolicach, niedaleko Słupska. źli ludzie ze zdjencia łopatami odkopali lisie nory i zapendzili  te jamniki do środka. jamniki bardzo szczekały i podgryzały mieszkańcuf nor, potem siem okazało, że to były  lisiczki. pszerazone napaściom próbowały  siem ratować ucieczkom, a źli ludzie tylko na to czekali. lisiczki zostały po opuszczeniu nor zaszczelone, a na koniec dobite łopatami. żli ludzie z dumom chwalili się znajomym, jak sprytnie pszy pomocy swoich psuf zabili te lisie matki. cała sprawa bardzo mi siem nie podoba i dlatego chcem zaapelować do wszystkich psów, a szczególnie jamników, a  najszczególniej do moich braci i sióstr, jamników szorstkowłosych: nie idźcie tom drogom, bo stajecie siem pomocnikami, a nawet wspulnikami mordercuf!!! ta wstrentna, bestialska "zabawa" co siem nazywa norowanie  powinna być już dawno zabroniona.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „mój apel do jamników”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 października 2015 21:51

Tagi

Kanał informacyjny