klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 27 października 2013
    • wycieczka last minute

                         Tytuł mylący, bo sugeruje Kanary albo inne Seszele. Tymczasem nic z tych rzeczy. Potraktowałam serio prognozę, że sobota jest ostatnim dniem pogodowego El Dorado i wybrałam się z Cliff plażą do Dębiny. Klif w kierunku tej wioski systematycznie się obniża, a plaża zwęża. Dlatego można tu robić fotki o jakich (przynajmniej z moim aparatem) w Poddąbiu mogę tylko pomarzyć.

       

      

       

      

       

                         Tuż przed Dębiną na brzegu morza leżała zakrwawiona mewa. Przypuszczam, że została zaatakowana przez jakiegoś drapieżnika, które tu często w powietrzu śmigają. Cliff wpadła w amok: skakała jak szalona i obszczekiwała nieszczęsnego ptaka. Mam wrażenie, że mewa jeszcze żyła, martwy ptak nie wzbudziłby chyba takich emocji u psa.

       

      

       

      

       

                         Wyobrażałam sobie, że biedna mewa żegna się z tym światem, a skaczący i wrzeszczący kudłaty zwierz stwarza jej dodatkowy dyskomfort. Przysięgłam sobie, że jeśli Cliff weźmie ptaka do pyska nigdy w życiu już jej nie pocałuję. Nie wzięła. Po kilkudziesięciominutowych desperackich usiłowaniach udało mi się przypiąć jej smycz i odciągnąć od tego smutnego miejsca. W tych warunkach nie było mowy o powrocie plażą weszłyśmy więc na klif, aby wrócić górą. Patrzymy, a tam lokalna Matka Boska zeszła na ziemię z umieszczonej na drzewie kapliczki.

      

      

       

                          Cud? Dyrektywa papieża Franciszka? Wszystko zdarzyć się może, obstawiam jednak najbardziej prozaiczną przyczynę czyli wiatr.

                       Gdy uznałam za mało prawdopodobne, że Cliff zwieje mi do mewy odpięłam jej smycz, co sprawiło nam obu niebotyczną ulgę. Postanowiłam po tych emocjach chwilę odpocząć na malowniczej przewróconej brzozie, w miejscu gdzie morze ledwo ledwo prześwitywało zza licznych gałęzi i kolorowych liści.

       

      

       

                       Manipulując obiektywem aparatu miałam wrażenie, że trzymam w rękach ukochaną zabawkę mojego dzieciństwa - kalejdoskop.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „wycieczka last minute”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 października 2013 18:38
  • wtorek, 22 października 2013
  • piątek, 18 października 2013
    • to i owo o grzybach

               

       

             Przez długi czas zaliczano je do roślin. Bo przecież rosną na ziemi (lub na szczątkach organicznych) i nie ruszają się. - Dziś wiemy, że grzyby są bardzo blisko spokrewnione ze zwierzętami, a z roślinami nie mają nic wspólnego - wyjaśnia dr Marta Wrzosek z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, prezes Polskiego Towarzystwa Mykologicznego (czyli zajmującego się badaniem grzybów). Są jednak na tyle odrębną grupą, że w systematyce wydzielono je w osobne królestwo.

       

              Grzyby są organizmami cudzożywnymi, które mają ścianę komórkową z chityny (to ta sama substancja, z której zrobione są pancerzyki owadów) - tłumaczy dr Wrzosek. - Odżywiają się przez wchłanianie, przy czym najpierw trawią pokarm (poza swoim organizmem), a potem go pobierają. To różni je od zwierząt i od pierwotniaków. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że grzyby "mają żołądek na zewnątrz".

       

            Największą żywą istotą na ziemi, co wydaje się niewiarygodne, jest właśnie grzyb. Przekonali się o tym naukowcy, którzy w Parku Narodowym Malheur we wschodniej części stanu Oregon stwierdzili szybkie wymieranie dużej połaci lasu - drzewa schły na powierzchni prawie 9 kilometrów kwadratowych. Na dodatek nie chciały tam rosnąć nowe. Dość szybko zidentyfikowano sprawcę - opieńkę ciemną, bardzo inwazyjnego i niebezpiecznego dla lasu grzyba (choć trzeba przyznać, całkiem smacznego). Analizy genetyczne wykazały, że cała ta powierzchnia jest przerośnięta grzybnią i owocnikami tworzącymi jeden organizm. Na dodatek mający co najmniej 2400 lat.

           - Ten grzyb jest jak sieć internetowa - uważa prof. Zbigniew Sierota z Instytutu Badawczego Leśnictwa. - Ostatnio fascynuje mnie właśnie zagadnienie komunikacji, przepływu informacji wewnątrz grzybów. Uważam, że one na swój sposób myślą, choć oczywiście nie w ludzkim rozumieniu tego słowa - dodaje prof. Sierota.

        
            Nie znam większego przeciwieństwa powszechnego wyobrażenia o grzybach niż pasożytnicze gatunki atakujące owady. To nie są poczciwe podgrzybki przycupnięte pod liściem. Takie grzyby jak owadomorka musza to szatańsko sprytni manipulatorzy przejmujący kontrolę nad swoją ofiarą. Zmieniają ją w bezwolną maszynę, która wykona wszystkie rozkazy oprawcy, by wspomóc jego rozmnażanie. Mrożący krew w żyłach opis jak mucha zamienia się w zombi nad którym pełną kontrolę sprawuje grzyb można znaleźć w cytowanym tu artykule dziennikarza naukowego Piotra Kossobudzkiego "Czy grzyby rządzą światem?". Z tym że pełna wersja artykułu jest płatna. Gdyby kogoś szczególnie zafrapowała ta lub inna kwestia mogę skopiować i podesłać na maila. Można się też z tego tekstu dowiedzieć w jaki sposób przez grzyby przestały powstawać nowe złoża węgla, co zawdzięczamy grzybom i dlaczego najszybszym organizmem świata jest również grzyb.

      http://wyborcza.pl/piatekekstra/1,133659,14675718,Czy_grzyby_rzadza_swiatem_.html

       

      A teraz parę niebanalnych obserwacji antropologa kultury, pan profesora Rocha Sulimy:

       

       Jeśli nie znajdzie się w sezonie swoich grzybów, to tak, jak gdyby ubyło nam coś z pełni życia. To jakaś anomalia w rytmie życia.

       

      Gdybyśmy odrzucili wszelkie zachowania merkantylne i określili siebie jako zbieraczy runa leśnego dla przyjemności, to wówczas grzybobranie, co pewnie niejednego zdziwi, przypomina błądzenie w zaświatach...

      Mamy takie przekonania, takie wierzenia, że grzyby rosną nocą, a więc są czymś z rzeczywistości snu, nie rosną na naszych oczach. My je dopiero znajdujemy, one rosną zawsze pod naszą nieobecność. W naszej starej tradycji, dziś już mało czytelnej, grzyby wiążą się z czymś, co przypomina wędrówkę po śnie, po innym świecie. Aspekt tajemniczości w zbieraniu grzybów jest tym właśnie, co nas pcha do lasu.

      Grzyby z drugiej ręki stanowią pewnego rodzaju dyskomfort. My sami musimy je znaleźć. Grzyb ma być nasz. Przypadek losu, kiedy znajdujemy grzyba, taki dar natury jest potwierdzeniem tajemnicy życia.

       

      http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/grzyb-sprawa-polska

       

                 W polskich lasach występuje ponad 12 tys. gatunków grzybów. Po owadach jest to najliczniejsza grupa organizmów. Grzybów jadalnych jest ponad tysiąc. Trujących jest ponad 250 gatunków, w tym kilka bardzo niebezpiecznych - śmiertelnie trujących.

       

      

             

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „to i owo o grzybach”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      piątek, 18 października 2013 15:50
  • sobota, 12 października 2013
    • się chwalimy

      półtora metra od furtki wyrosła mi piękna i pyszna czubajka kania

       

      

       

       

      największy prawdziwek jakiego kiedykolwiek znalazłam. ważył 350 g, co wśród gigantów nie plasuje go zbyt wysoko, ale dla mnie był olbrzymi

       

      

       

       

      nie mam ogrodu, ani tym bardziej sadu, a okazało się, że jestem posiadaczką brzoskwini. właściwie rośnie na zewnątrz ogrodzenia, ale większość gałęzi jest po mojej stronie. chyba ktoś był uprzejmy wyrzucić w tym miejscu pestkę, dziękuję

       

      

       

       

      pierwsza mewa napotkana w Poddąbiu na plaży. mewy rzadko tu przylatują, a jeśli już, to latają wysoko i ani im w głowie spacery. to jest mewa srebrzysta, moja obecność w ogóle nie robiła na niej wrażenia

       

      

       

       

      ja tesz siem chciałam pochfalić: jusz tszecia spotkana w lesie osoba powiedziała, że zna mnie z bloga. zaczynam być sławna, chociasz nie tak jak Gandzia, kturom znajom fszyscy

       

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „się chwalimy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 12 października 2013 12:29
  • poniedziałek, 07 października 2013
    • moje grzyby

               Mimo że bardzo lubię zbierać grzyby, grzybiarką (chyba lepiej niż grzybiarzem?) jestem raczej gnuśną i mało ambitną. Nie dla mnie grzybobrania maratony, wielogodzinne przedzierania się przez chaszcze i zarośla ze wzrokiem przymusowo wbitym w ziemię. Chodzę najczęściej wzdłuż drogi i po mniej więcej godzinie wypatrywania łupów zaczynam się nudzić. 

              Najmilej wspominam lokalne grzybobrania kiedy jeszcze przyjeżdżałam tu jako turystka. "Korsarz", w którym wtedy mieszkałam, to najskromniejszy, a jednocześnie najpiękniej położony, najbardziej przestronny ośrodek w Poddąbiu. O ile cała osada to praktycznie spora polana otoczona lasami, "Korsarz" usytuowany jest po prostu w lesie. Do tego rośnie tam więcej prawdziwków niż gdziekolwiek w okolicy.

      ?

         

      Ośrodek "Korsarz" od strony klifu

       

      ?

       

      W głębi dom pani Basi, szefowej "Korsarza" z dachem pokrytym...zdania są podzielone czym, ale na pewno mchem.

       

                  Na grzyby w "Korsarzu" można udać się nad ranem jeszcze w piżamie, szybko zebrać ile się da i wrócić w objęcia Morfeusza. Tyle że zawsze dręczył mnie wówczas dylemat, czy te grzyby są na pewno ogólnodostępne, czy nie są one jednak dobrem prywatnym rodziny zawiadującej ośrodkiem. Do dzisiaj nie wiem, czyje właściwie są te grzyby.

      W epoce "Korsarza" zdarzyło mi się zupełnie zjawiskowe grzybobranie. Pewnego dnia na pochyłym, wielostopniowym zrębie w pobliżu drogi do Wytowna zastałam coś w rodzaju hodowli podgrzybków. Na kilku metrach kwadratowych błyskawicznie zebrałam duży kosz i sporą torbę grzybów. Wracałam stamtąd oszołomiona sukcesem, z uczuciem jakbym włamała się do jakiegoś sejfu czy banku, pełna lęku, że ktoś mi po drodze ten tak łatwo zdobyty kapitał grzybowy siłą odbierze. Szczęśliwie dotarłam do ośrodka, a moje łupy zostały docenione nawet przez wytrawnych zbieraczy. Kilkakrotnie bywałam potem na tym zrębie i co ciekawe, nie tylko cud się nie powtórzył, ale nie znalazłam tam nawet pojedynczego grzyba. 

                 W oczekiwaniu na kolejny cud, który się na pewno przy drodze nie zdarzy realizuję mój program minimum: siedem większych, albo dziesięć mniejszych grzybów. Taka ilość zupełnie wystarcza na pyszny obiad dla jednej osoby. Pewnego dnia, gdy nie miałam jeszcze w koszyku magicznej siódemki trafiłyśmy z Ulą do jej dawnej sąsiadki, pani Wiesi, która jest w branży grzybowej zawodowcem. Pani Wiesia złożyła nam bardzo korzystną ofertę zakupu grzybów ze specjalną sąsiedzką bonifikatą. Wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Następnego dnia pojechałam do pani Wiesi po kolejną transzę i wróciłam jeszcze bardziej obładowana niż poprzednio.

       

      ?

       

       

      Co tu zrobić z taką furą grzybów? Trochę się przeraziłam własnej zachłanności, ale postanowiłam je obgotować i zamrozić. Czyszczenie i obieranie hurtowej ilości trwa długo, zwłaszcza kurki wymagają anielskiej cierpliwości: po kilkakrotnym myciu zawsze można w nich jeszcze znaleźć jakieś paprochy. Kiedy je wreszcie pokroiłam i umieściłam w dwóch sporych garnkach po zagotowaniu pojawiła się na nich mocno niesympatyczna piana, również w hurtowej ilości. Ostatecznie poziom grzybów w garnkach dramatycznie się obniżył, ale i tak podzieliłam je na dziesięć porcji, którymi skutecznie zapełniłam jedną z dwóch szuflad zamrażarki zastanawiając się przy tym po diabła mi cała szuflada grzybów. Cała ta historia na jakiś czas skutecznie zniechęciła mnie do grzybów, mówiąc wprost nie mogłam wręcz na nie patrzeć, o jedzeniu nawet nie wspominając. W czasie spacerów po lesie chodziłam z wysoko podniesioną głową, kątem oka dostrzegając tylko muchomory i inne grzyby niejadalne. Dopiero po jakichś trzech tygodniach wzięłam do ręki koszyk i bez cienia entuzjazmu udałam się na rekonesans. Kiedy po paru minutach ujrzałam po raz pierwszy w tym roku dwa prawdziwki cudnej urody poczułam dziką radość: urządziłam im sesję zdjęciową i wysłałam siedem triumfalnych mms-ów.

       

       

      ?

       

        Potem znalazłam jeszcze dwa prawdziwki, parę maślaków i podgrzybków i z lekkim koszykiem udałam się do Juli na rutynową kontrolę zbioru.

       

      ?

       

              Patrząc z dumą na moje skromne, ale jakże piękne i cenne dla mnie zbiory, postanowiłam nigdy więcej nie kupować grzybów  w ilościach większych niż na jeden rodzinny obiad. Tym bardziej, że te samodzielnie zebrane zdecydowanie lepiej smakują.    

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „moje grzyby”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 października 2013 23:08

Tagi

Kanał informacyjny