klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 28 września 2014
  • środa, 24 września 2014
    • osiołki duże i małe

            dwie rzeczy nie mają granic: wszechświat i ludzka głupota 

                                                             Albert Einstein

       

                jak dla mnie to news dnia, bo co mi tam robi, że pan Radosław Sikorski zamiast zostać sołtysem Chobielina-dworu stał się drugą osobą w państwie. wczoraj po raz pierwszy podano informację o nieobyczajnym zachowaniu osiołków w poznańskim ZOO. matki z pobliskiego placu zabaw zwróciły się do pani radnej PiS, że na wybiegu dla osłów dzieją się rzeczy skandaliczne: rezydująca tam para osiołków ma czelność kopulować w biały dzień. wiadomość rozbawiła mnie, podobnie jak pewnie większość osób, które o tym "skandalu" przeczytały. niestety dzisiaj pojawił się ciąg dalszy tej historii. pani radna PiS, wolę nawet nie sprawdzać jej nazwiska, bo i po co, wymusiła na dyrektorze poznańskiego ZOO rozdzielenie pary. w ten sposób dziesięcioletnie stare, dobre małżeństwo osiołków, które dorobiło się sześciu sztuk potomstwa dzieli teraz przegroda. na szybko reagującym Facebooku powstała już strona "Połączmy rozdzielone osły z Poznania," no i zaczęły się petycje. ciekawe czy społeczeństwo obywatelskie da radę przywrócić parze osiołków bezczelnie odebrane im prawo do wspólnego życia. eksperci twierdzą, że samotność zdecydowanie tym zwierzętom nie służy.

                      Rozumiem, że po różnych placach zabaw szwendają się niezbyt mądre mamuśki. rozumiem nawet, że radna PiS nie musi być i z zasady nie jest mądra. nie rozumiem natomiast, jak dyrektor ZOO może być takim idiotą. zamiast obśmiać panią radną, ewentualnie wytłumaczyć jej funkcjonowanie natury, obiecuje położyć kres tej niemoralnej sytuacji i już po niewielu godzinach sprawa jest załatwiona. mamy prawo oczekiwać od dyrektora ZOO, że będzie on stał na straży praw podlegających mu zwierząt. tymczasem pan ten podjął decyzję absurdalną i chyba nieco świadomy własnego idiotyzmu, ukrył się przed prasą i opinią publiczną. czekam na kolejną stronę na Fb "wypieprzmy nieodpowiedzialnego dyrektora ZOO w Poznaniu". a może i bez takiej strony władze miasta podziękują temu panu? bardzo jestem ciekawa zakończenia tej historii, bo to jest zupełnie koszmarne, żeby dyrektor ogrodu zoologicznego podejmował głęboko niemądre, za to ideologicznie dla niektórych jedynie słuszne decyzje.  a tak w ogóle, dyspozycyjny politycznie dyrektor ZOO, to według mnie Himalaje absurdu. bo w gruncie rzeczy, nie jest to sprawa pożal się Boże obyczajowa, tylko polityczna. zwolennicy katolandu, niebywale czujni na każdym odcinku, chcą nam tu zaprowadzić swoje porządki.

            przypomina mi się niedawne odwołanie w Poznaniu spektaklu "Golgota Picnic", całkiem bełkotliwie uzasadnione rzekomym narażeniem widzów na niebezpieczeństwo, odwołanie pani Ewy Wójciak z Teatru Ósmego Dnia, i chociaż tym razem chodzi "tylko" o zwierzęta, zastanawiam się co będzie następnym newsem. a tak naprawdę, to zwyczajnie strach się bać. wprawdzie siedzę sobie w pustawym Poddąbiu, po którym jak na razie nie grasuje jeszcze żadna radna PiS-u, ale czuję się z tym wszystkim dość nieswojo. czyżby rację miała młodzież, gromadnie opuszczająca nasz piękny kraj z dostępem do morza? 

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „osiołki duże i małe”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 24 września 2014 18:39
  • sobota, 20 września 2014
    • nasi górą

            ten lokalny news przywędrował aż ze stolicy. dzielna komentatorka bloga, tudzież namiętna zbieraczka grzybów, Pisia123, najwyraźniej śledzi z Warszawy, co w poddąbskiej trawie piszczy. a piszczy, że hej! sensacyjną wiadomość podał parę dni temu GP24: w Poddąbiu znaleziono prawdziwka-giganta! kapelusz grzyba ma 30 cm średnicy, to chyba rzeczywiście sporo. fotki nie dają się niestety zapisać, ale kto ciekawy może je sobie obejrzeć tutaj:

      http://www.gp24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=%2F20140915%2FPOWIATSLUPSKI%2F140919803

      dzięki za czujność, Pisiu!

       

          mniej więcej miesiąc temu zamieściłam fotkę ze smętnym wykopem anonsującym budowę kładki nad naszym malowniczym wąwozem.  jak widać poniżej budowa dość już zaawansowana. kładka wydaje się nawet zgrabna i wcale nie przytłacza swoimi rozmiarami, na co się według mnie zanosiło, a co z przyjemnością odszczekuję niniejszym: jest całkiem w sam raz i już ją polubiłam. 

       

      

       

       

             okna ciągle jeszcze otwartej karczmy jak zwykle przyciągają wzrok. trzeba przyznać, że gospodyni ma szczęśliwą rękę do cudnej urody kwiatów, kwiatków i kwiatuszków

      

      

      

       

          i jeszcze coś z mojego podwórka w sensie dosłownym. po raz pierwszy wyrósł mi na nim podgrzybek. teraz nie mam już wątpliwości, że mieszkam w lesie

       

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „nasi górą”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 20 września 2014 11:04
  • sobota, 13 września 2014
  • sobota, 06 września 2014
    • służba nie drużba, czyli zając a sprawa polska

           

            od wielu lat nie widziałam zająca i marzyło mi
      się takie spotkanie. tymczasem kilka dni temu nieznajomy pan poinformował mnie, że w pobliżu mojego ogrodzenia, w zaroślach wokół jednej z sosen leży martwy....no właśnie niestety zając. nie tak miało być, kochanie, nie o takim
      spotkaniu marzyłam. dlatego nie miałam zamiaru go oglądać, ani nawet sprawdzać przy której sośnie rozstał się z tym najlepszym ze światów. pan informator zalecił powiadomienie kogo trzeba, bo zwierzak zacznie się niebawem rozkładać i pojawi się fetor nie do wytrzymania. bardzo mnie sprawa tego zająca przygnębiła. wyobrażałam sobie, że został postrzelony w trakcie polowania i
      dotarł resztkami sił do zarośli, w których zakończyło się jego krótkie, pełne lęku życie. a może zapadł na jakąś chorobę zakaźną i stanowi teraz zagrożenie epidemiologiczne? i co będzie jeśli okoliczne psy z panną Cliff na czele wyczują zwłoki i przystąpią do tarzania się w padlinie?  dla pewności  postanowiłam wyprowadzać Cliff na smyczy.

              zaczęłam od telefonu do straży gminnej, ale była to
      niedziela i telefon był wyłączony. następnego dnia  również abonent był niedostępny. zadzwoniłam więc do Urzędu Gminy w Ustce. pan z działu ochrony środowiska przyjął ode mnie zgłoszenie i obiecał przekazać sprawę straży gminnej.  wychodząc z założenia, że grupowe nękanie straży może być bardziej efektywne niż indywidualne znalazłam w internecie numer stacjonarny  i zadzwoniłam tam również. usłyszałam od rozmówcy, że martwe zwierzę stanowi
      pożywienie dla różnych gatunków, bo tak to w dzikiej przyrodzie funkcjonuje, ale obiecał przysłać patrol. spytałam, czy strażnik który tu przyjedzie nie mógłby
      po prostu zakopać zająca. zostałam pouczona, że straż nie ma na wyposażeniu łopaty. z uwagi na wyczuwalną w głosie rozmówcy irytację, nie odważyłam się powiedzieć, że łopatę na wyposażeniu to ja akurat mam. wiadomo, że nie w
      braku łopaty pies pogrzebany. straż gminna powołana została zapewne do wyższych celów niż zakopanie martwego zwierzęcia. polecono mi cierpliwie czekać, jako że mają wiele zgłoszeń i to do spraw znacznie istotniejszych niż ten zając. 

            ku mojemu zdumieniu już po kilkudziesięciu minutach podjechało auto straży. wysiadła z niego sympatyczna para młodych ludzi schludnie odzianych w służbowe mundury. nie umiałam im precyzyjnie wskazać sosny, ale nie było trudno do niej trafić, bo zapach już się niestety pojawił. pan strażnik zrobił zającowi zdjęcie, które chciał mi pokazać, ale odsunęłam się pospiesznie. pani strażniczka ładnie się uśmiechała i milczała. nadeszła pora na wykład:  gdyby zając leżał od strony lasu sprawa byłaby w gestii nadleśnictwa, gdyby na drodze, w gestii zarządu dróg. leży natomiast na prywatnej działce, z której nikt poza właścicielem tejże nie ma prawa go usunąć. tym samym drażliwy temat łopaty przestał istnieć.

             co zatem w tych warunkach można zrobić? należy namierzyć właściciela tej niezabudowanej działki i zawiadomić go o zającu. nigdy się z tą osobą nie zetknęłam, słyszałam tylko, że działka należy do zamożnego mieszkańca Słupska. usiłowałam sobie wyobrazić jak w wyniku żmudnych poszukiwań  zostaje wreszcie odnaleziony, karnie porzuca swoje intratne interesy i przybywa z łopatą do Poddąbia. nie da się ukryć, że czarno to widziałam. pan strażnik patrząc na moją ponurą minę pocieszył mnie, że dzikuny zrobią swoje i do jutra nic już oprócz kości z zająca nie zostanie. rozstaliśmy się jak ludzie kulturalni dziękując sobie nawzajem.

             niestety była to prognoza zbyt optymistyczna. tajemnicze dzikuny (owszem, domyślam się kto zacz, ale nie zdecydowałam się na zguglanie tego paskudztwa)
      działały znacznie wolniej. przykry zapach, intensywniejszy z powiewem wiatru, docierał do mnie jeszcze przez parę dni. wytarzały się w tych zwłokach dwa znane mi psy, czy było ich więcej nie mam pojęcia. właściciel działki nie pojawił się
      z łopatą, ale też w ogóle w taki obrót sprawy nie wierzyłam.

            lata świetlne temu, w czasach niechlubnego stanu wojennego, przebywałam w zimie w domu na Mazurach. traf chciał, że byłam sama, z wysoką temperaturą spowodowaną zapaleniem oskrzeli. wpadł wówczas do mnie z gospodarską wizytą milicjant na motocyklu, na oko góra dwudziestolatek. spytałam, czy nie mógłby przynieść mi trochę drewna z nieodległej szopy. młody człowiek popatrzył na mnie mocno zdziwiony i z
      godnością oświadczył, że nie może ponieważ jest na służbie. o tym, że moje oczekiwania wobec peerelowskiego milicjanta były zbyt wygórowane przekonałam się kilka dni później, gdy listonosz wręczył mi wezwanie na kolegium do spraw wykroczeń z powodu niedopełnienia obowiązku zameldowania czasowego. było dla mnie oczywiste, że zostałam ukarana za bezczelne roszczenia wobec
      reprezentanta władzy ludowej.      

             porównanie milicjanta z czasów słusznie minionych ze współczesnym strażnikiem gminnym jest zapewne 
      krzywdzące dla tego drugiego. analogia jest jedynie taka, że straż gminna, podobnie jak policja, działa na rzecz porządku publicznego i bezpieczeństwa ludzi. jest również formacją mundurową.  zastanawiam się więc, czemu fakt
      noszenia przez człowieka munduru oznacza niedopuszczalność (a pewnie wręcz zakaz) wykonania drobnej pracy fizycznej.  straż gminna jest właściwą instancją do przyjmowania zgłoszeń o znalezieniu martwego zwierzęcia i przyjeżdża ona na
      miejsce zgłoszenia jako pierwsza. czy byłoby to jakimś uchybieniem dla munduru gdyby zamiast orzekania w czyjej gestii jest sprawa i wszczynania stosownych
      procedur, po prostu zakopywano martwe zwierzę? no tak, wówczas samochód straży gminnej musiałby mieć na wyposażeniu łopatę, ale czy naprawdę byłby to dla straży jakiś dyshonor?

       

       

      

            

             


       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „służba nie drużba, czyli zając a sprawa polska”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 06 września 2014 13:13

Tagi

Kanał informacyjny