klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • powiało nowym

       

             gdy zamieszkałam w Poddąbiu natychmiast zaczęłam się rozglądać za możliwie szybkim i sprawnym internetem. ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, że możliwy jest tutaj nawet internet stacjonarny. oferowała go wówczas Telekomunikacja Polska SA za pośrednictwem analogowej linii telefonicznej. należało zatem na dzień dobry zostać posiadaczem telefonu domowego, już wtedy dla wielu osób raczej zbędnego. ale jak mus to mus. tym bardziej, że TP SA wychodząc naprzeciw osobom zadawalającym się telefonem komórkowym wprowadziła nieco dziwaczne rozwiązanie pod tytułem telefon w zawieszeniu. i nic to, że parę miesięcy później TP SA  przekształciła się w nową, prężną firmę Orange Polska, bo Orange absolutnie niczego nie zmienił. tak więc użytkownik Neostrady, posiadacz  nieistniejącego telefonu płacił jedynie kilkanaście złotych mniej niż gdyby z telefonu korzystał. co roku należało to mityczne zawieszenie przedłużać, a gdy się człowiek zagapił i nie wysłał w porę informacji o kontynuowaniu zawieszenia firma pobierała wyższą opłatę, taką jak za normalne użytkowanie telefonu. najbardziej kłopotliwy był kontakt z Orange. teoretycznie służy do tego infolinia. aby jednak dostąpić zaszczytu rozmowy z konsultantem należało najpierw wklepać na klawiaturze jakieś tajemnicze kody, piny, hasła, numery klienta itd. kto nie zna fantastycznego skeczu Macieja Stuhra pt. Infolinia, temu szczerze skecz ten polecam, jako niezawodny sposób odreagowania. mnie osobiście nigdy nie udało się na infolinię Orange dodzwonić, nie znam bowiem żadnego z wymaganych haseł. ba, nie znam nawet numeru mojego telefonu. pozostawało słać tradycyjne listy polecone, czyli wyprawiać się na pocztę.

             oczywiście w tym roku jak zwykle zapomniałam o przedłużeniu zawieszenia. ale tym razem, zamiast tradycyjnie wyższej faktury otrzymałam uprzejmego maila zaczynającego się od słów: nie chcemy Cię zaskoczyć wyższą kwotą faktury, dlatego piszemy wcześniej. firma postanowiła po latach zaprzestać karania zapominalskich, a nawet więcej: w odpowiedzi na tego maila można było poprosić o zawieszenie numeru do końca świata i o jeden dzień dłużej. do dzisiaj nie mogę wyjść z szoku.

             ale to jeszcze nie wszystko. w ubiegły wtorek nad Poddąbiem i okolicą rozszalała się gigantyczna burza. błyskało, grzmiało i lało spektakularnie. gdy odsuwałam zasłonę w oknie tuż nad moją głową głośno huknęło i zobaczyłam po raz pierwszy w moim długim życiu żółtopomarańczowe światło pioruna z tak bliskiej odległości. następnie poczułam swąd charakterystyczny dla zwarcia w przewodach elektrycznych. wcisnęłam z powrotem główny bezpiecznik i światło szczęśliwie wróciło. po szczegółowych oględzinach okazało się, że wszystkie urządzenia elektryczne działają, ale nie ma internetu.

             zadzwoniłam do pana M. licząc na jego kompetentną pomoc. był jednak zajęty i poradził mi, abym zadzwoniła na infolinię. - tylko nie infolinia - jęknęłam - tłumacząc, że nie znam żadnego z wymaganych tam tajnych szyfrów. odpowiedział, że wystarczy numer telefonu. tylko skąd taki numer wziąć w epoce faktur elektronicznych, gdy internet zatrzaśnięty na głucho? totalnie zdesperowana postanowiłam odnaleźć jakąś starą umowę, co mniej więcej po godzinie mi się udało. z braku konkurencyjnych pomysłów postanowiłam spróbować bez wielkich złudzeń.

             i stał się cud. po wykonaniu kilku banalnie prostych poleceń automatu usłyszałam głos konsultantki. nawet numer telefonu nie był niezbędny, wystarczył pesel! miła pani przyjęła moje zgłoszenie informując, że awaria w ciągu 72h zostanie usunięta. po chwili przyszedł sms z podziękowaniem za rozmowę i nazwiskiem konsultantki. a po nim cały ciąg przemiłych smsów. że firma pamięta, rozumie, pozdrawia, przeprasza...że niebawem nadciągnie pomoc techniczna. w czwartek pojawił się sympatyczny pan z plakietką partner techniczny Orange i obwieścił konieczność wymiany modemu. poinformował, że podczas tej burzy spaliło się mnóstwo modemów w Słupsku i okolicy, a Gdynia nie nadąża z wysyłką nowych. czekają na kolejną partię, może przyjdą jutro, ale obiecać nie może. po czym Orange przysłał najsmutniejszy sms z całej serii: że trudne warunki atmosferyczne i zwiększona liczba awarii wydłuży czas usunięcia uszkodzenia do 4 września. oczywiście w dalszym ciągu rozumieją, kochają, pamiętają, pozdrawiają...4 września wydał mi się oddalony o lata świetlne, ale nie pozostawało nic innego jak czekać. a tymczasem już następnego dnia, czyli w piątek przybył pan partner techniczny z nowiutkim modemem, tym samym nie dopuszczając do rozwinięcia się u mnie pełnoobjawowego zespołu abstynencyjnego. pokochałam więc firmę Orange Polska miłością szczerą, bezgraniczną i szaloną. wprawdzie trochę szkoda, że dopiero po latach przeczołgiwania klientów zdecydowała się uprościć procedury, ale i tak cieszę się, że takiej rewolucji dożyłam.

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „powiało nowym”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 17:54
  • niedziela, 20 sierpnia 2017
    • zamiast

       

         zamiast mojego marudzenia, że dobrze nie jest

       

      I
        Miliardy są nas na tym świecie,
        który mgliście widzimy przez szkła,
        i każdego z nas w dołku gniecie,
        i każdy z nas zgagę ma.

        Nam nie wolno ogórków i grzybków,
        nas malutki zabija rydz,
        nam nie wolno niczego za szybko
        i nie wolno w ogóle nic.   

      Chór
        Ale choć nam nawala w wątrobie,
        choć nas męczą zastrzyki i kasze,
        śmiało, starcy! stańmy na głowie!
        Ziemia młodym. Lecz niebo jest nasze.   

      II
        My podobni jesteśmy duchom
        i staramy się trzymać, lecz
        czasem we śnie odpadnie nam ucho
        albo noga lub inna rzecz;

        czasem w mózgu zaśpiewa ptaszynka
        lub króliczek podskoczy hop-siup,
        czasem nawet zaszkodzi nam szynka
        i już koniec, i astry na grób.   

      Chór
        Ale choć nam nawala w wątrobie,
        choć nas męczą zastrzyki i kasze,
        śmiało, starcy! stańmy na głowie!
        Ziemia młodym. Lecz niebo jest nasze.

        Konstanty Ildefons Gałczyński
        Hymn starców

         1948

       

       


       

       


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „zamiast”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 sierpnia 2017 15:38
  • wtorek, 15 sierpnia 2017
    • nowe Poddąbie

       

              pierwszy raz przyjechałam do Poddąbia z córką, w 2008 roku pod koniec lata. zamieszkałyśmy w niezwykle klimatycznym ośrodku Korsarz, w domku rodem z peerelu. 



       

                 domek oczywiście był wewnątrz zmodernizowany, z łazienką, tyle że nieodparcie budził i nadal budzi (zdjęcie zrobiłam przed chwilą) skojarzenia z epoką słusznie minioną. ogromnie ten domek numer 1  polubiłam i w następnych latach kilkukrotnie mieszkałam w nim z Panną  Cliff wiosną oraz jesienią. nawet dzisiaj chętnie bym  w nim pobyła. rzecz jasna w pustym ośrodku poza sezonem, jako że w Poddąbiu jedynie Korsarz położony  jest naprawdę w lesie. chociaż cała osada jest praktycznie polaną otoczoną lasem, przez co niektórym wydaje się, że mieszkają w lesie, nie jest to do końca prawda. ja mam las zaledwie parę metrów za płotem, ale zgodnie ze stanem faktycznym mówię, że mieszkam przy lesie. czasem na mojej, i pewnie nie tylko mojej posesji trafi się pojedynczy podgrzybek albo maślak. ale tylko w Korsarzu, wśród wysokich sosen i brzóz można z powodzeniem zbierać grzyby, najczęściej prawdziwki.

       

       


       

       

             niedawno gruchnęła złowieszcza wieść, że Korsarz został sprzedany jakiemuś krezusowi, który wybuduje  w tym miejscu wielkie bajeranckie spa, albo - nie pamiętam szczegółów - inny przeogromny turystyczny obiekt całoroczny. bardzo się tymi pogłoskami przejęłam, bo jeśli miałby zniknąć unikalny Korsarz byłby to niechybnie koniec Poddąbia jakie zdążyłam poznać. na szczęście hiobowe wieści okazały się modnym ostatnio fake newsem.


               podczas pierwszego pobytu osada wydała mi się bardzo swojska i poczciwa. zdecydowanie przeważały, zresztą przeważają do dzisiaj, domki o niezbyt wyszukanej architekturze. zapamiętałam tylko jeden dom, który się wyróżniał. chyba zadebiutuje teraz na blogu, bo nie przypominam sobie, abym go kiedykolwiek pokazała. 

       

       

       

       

              ciekawostka z nim związana jest taka, że przy domu pojawiają się nierzadko pracownicy firmy ogrodniczej, nigdy natomiast nie widziałam, aby ktokolwiek,  kiedykolwiek przebywał w środku. starannie wykończony i zadbany, mimo systematycznie pielęgnowanej zieleni wydaje się  raczej zimny i martwy. po latach dowiedziałam się, że należy do osoby z czołówki stu najbogatszych Polaków, mniejsza o nazwisko. biorąc pod uwagę kosmiczne możliwości finansowe właścicieli nie sposób nie zauważyć, że dom nie jest na szczęście żadnym symbolem luksusu - fantazyjnym pałacykiem czy dworkiem w stylu eklektycznym. wyróżnia się jedynie elegancją i całkiem dobrze wpisuje się w otoczenie. 


             pierwszym budynkiem, który naruszył pewną homeostazę osady był tzw. Dom nad Morzem. wybudowany dwa lub trzy lata temu (a może nawet cztery, nie pamiętam) wydawał się niewyobrażalnie wysoki. wówczas podniesiona została w Poddąbiu dopuszczalna wysokość zabudowy o jedną kondygnację.

       

       


       

       

              wysokość nowego pensjonatu początkowo raziła, ale po pewnym czasie jakoś się w Promenadę Słońca przy której stoi wpasował. i wydawało się, że to już koniec lokalnych zmian budowlanych, choćby z powodu bardzo nielicznych wolnych działek. niestety wkrótce potem gmina Ustka sprawiła nam przykrą niespodziankę. okazało się, że daliśmy się nabrać na obietnicę wspólnej przestrzeni wokół stacyjki rowerowej. miał tam powstać m.in. amfiteatr.  mimo protestów mieszkańców gmina sprzedała należące do niej w tym miejscu działki. było jasne, że ich zabudowa jest jedynie kwestią czasu.

             i tak w ubiegłym roku rozpoczęła się budowa pensjonatu obok stacyjki. mało kogo cieszyła, ale liczą się fakty, więc nie pozostawało nic innego, jak się z nowym stanem rzeczy pogodzić.

       

       

       


       

       

             naturalnie znów mamy do czynienia z dodatkową kondygnacją. imitacja budowy szachulcowej dość wprawdzie toporna, ale i ten pensjonat jakoś się wtopił w otoczenie.

             wczesną wiosną tego roku prywatny właściciel nieoczekiwanie sprzedał deweloperowi sąsiednią dużą działkę. błyskawicznie - naturalnie dzięki lex Szyszko - została ona wykarczowana. i natychmiast ruszyła kolejna budowa, a dokładniej dwie.

       

       

       

       

              w ten sposób zamiast jednego nowego pensjonatu będziemy mieli trzy. liczba miejsc noclegowych jest w gminnej wieści chyba zawyżana, więc nie będę nią straszyć. obiekt ma już swoją stronę internetową. w trybie first minute (10% zniżki) można dokonywać rezerwacji na przyszły sezon. ceny niezbyt niskie, ale też nie jakieś niebotyczne. moją uwagę zwróciła opłata za psa: 35 zł za dobę. reklamowany kryty basen wydaje się raczej sporą wanną do zabiegów leczniczych, więc konkurencja dla wynajmowanych w sezonie domków niewątpliwie będzie, ale chyba nieprzesadna.

       

       

       

            mogłoby się wydawać, że nic już więcej Poddąbiu nie grozi, bo zabudowane zostało dokumentnie. ale czy na pewno? w obliczu szaleństw partii całkiem niemiłościwie nam rządzącej, gdy absurd goni absurd, chyba wszystko może się zdarzyć. może się na przykład okazać, że klif nie jest wystarczająco narodowy i niezbyt piastowski. a buki, nie dość że poniemieckie, to nieładne, jakieś takie dziwnie powykręcane. i zapadnie decyzja, żeby je wyciąć, a posadzić zamiast nich polskie wierzby płaczące. albo postawią w lesie duży pensjonat dla klubów Gazety Polskiej, ewentualnie rodzin Radia Maryja. niby żartuję, ale mam wrażenie, że dopóki rządzi ta koszmarna, paranoiczna ekipa nie można być pewnym niczego. lepiej jednak o tym nie myśleć.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „nowe Poddąbie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 sierpnia 2017 14:52
  • środa, 09 sierpnia 2017
  • niedziela, 06 sierpnia 2017
    • nałóg, z którym się nie walczy

       

             11.37 - start rodzinnej wycieczki rowerowej do Słowińskiego Parku Narodowego. powrót niecałą godzinę później w strugach deszczu. takie mamy lato niestety. na szczęście nikt nie rozpacza, bo wszyscy uzależnieni...

             jedyny to chyba nałóg, którego się człowiek nie wstydzi. i jedyny, z którym nie ma się ochoty walczyć. od wczesnego dzieciństwa tkwię w szponach tego nałogu. od zawsze pamiętam dziką radość, jaką dawało mi obcowanie z książkami. stałe oszukiwanie rodziców: nocne czytanie z latarką pod kołdrą, nabijanie kresek na termometrze, żeby zamiast szkolnej nudy spokojnie, w aurze chorego, dokończyć w łóżku pasjonującą lekturę, od której nie sposób się oderwać. a potem natychmiast zacząć następną. wyprawy do księgarni, szczęśliwe powroty z wymarzonym łupem, tony książek zabieranych na wakacje...wystarczy, kto sam tak ma, doskonale rozumie o czym piszę. pozostali, cokolwiek bym nie dodała, i tak nie poczują bluesa.    

             myślę, że jest to nałóg w znacznej mierze przekazywany genetycznie. a także środowiskowo. chociaż jak to zawsze bywa, zdarzają się odstępstwa od reguły: czytający rodzice nie zdołali przekazać tego genu dzieciom. ci młodsi najczęściej polegli w nierównej walce z konkurencją: grami komputerowymi, portalami społecznościowymi, czy też generalnie internetem, bezlikiem filmów i seriali telewizyjnych. bardzo im współczuję, chociaż mam świadomość, że mogli odnieść inne, godne pozazdroszczenia sukcesy wychowawcze. osobiście, jako matka, nie mogę się szczególnymi sukcesami pochwalić. chyba zabrakło mi talentu, uporu, stanowczości w wyznaczaniu granic. ale gdy moja trzydziestoletnia córka po przyjeździe nad morze wybebesza z plecaka furę książek, a następnie starannie przeszukuje moje nowości, sprawia mi to wielką radość. no cóż, nikt nie jest doskonały. pozostaje nadawanie na tych samych falach jako całkiem niezła nagroda pocieszenia.

      ps. mąż też nałogiem dotknięty, ale podobno mąż to nie rodzina


             właściwie napisałam to wszystko, aby mieć pretekst do zacytowania pięknego akapitu z Drugiego dziennika Jerzego Pilcha, który to akapit mógłby być moim mottem życiowym:

             "Wtedy królowałem w drugim centrum mojego świata, w małżeńskim mianowicie łożu rodziców. Uwielbiałem chorować, leżenie i oglądanie książek z obrazkami, z czasem ich czytanie było - i prawdę powiedziawszy, jest - sto razy prawdziwszą formą egzystencji od jakiegokolwiek innego kręcenia się po powierzchni planety."

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „nałóg, z którym się nie walczy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 sierpnia 2017 15:25

Tagi

Kanał informacyjny