klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 20 sierpnia 2017
    • zamiast

       

         zamiast mojego marudzenia, że dobrze nie jest

       

      I
        Miliardy są nas na tym świecie,
        który mgliście widzimy przez szkła,
        i każdego z nas w dołku gniecie,
        i każdy z nas zgagę ma.

        Nam nie wolno ogórków i grzybków,
        nas malutki zabija rydz,
        nam nie wolno niczego za szybko
        i nie wolno w ogóle nic.   

      Chór
        Ale choć nam nawala w wątrobie,
        choć nas męczą zastrzyki i kasze,
        śmiało, starcy! stańmy na głowie!
        Ziemia młodym. Lecz niebo jest nasze.   

      II
        My podobni jesteśmy duchom
        i staramy się trzymać, lecz
        czasem we śnie odpadnie nam ucho
        albo noga lub inna rzecz;

        czasem w mózgu zaśpiewa ptaszynka
        lub króliczek podskoczy hop-siup,
        czasem nawet zaszkodzi nam szynka
        i już koniec, i astry na grób.   

      Chór
        Ale choć nam nawala w wątrobie,
        choć nas męczą zastrzyki i kasze,
        śmiało, starcy! stańmy na głowie!
        Ziemia młodym. Lecz niebo jest nasze.

        Konstanty Ildefons Gałczyński
        Hymn starców

         1948

       

       


       

       


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 sierpnia 2017 15:38
  • wtorek, 15 sierpnia 2017
    • nowe Poddąbie

       

              pierwszy raz przyjechałam do Poddąbia z córką, w 2008 roku pod koniec lata. zamieszkałyśmy w niezwykle klimatycznym ośrodku Korsarz, w domku rodem z peerelu. 



       

                 domek oczywiście był wewnątrz zmodernizowany, z łazienką, tyle że nieodparcie budził i nadal budzi (zdjęcie zrobiłam przed chwilą) skojarzenia z epoką słusznie minioną. ogromnie ten domek numer 1  polubiłam i w następnych latach kilkukrotnie mieszkałam w nim z Panną  Cliff wiosną oraz jesienią. nawet dzisiaj chętnie bym  w nim pobyła. rzecz jasna w pustym ośrodku poza sezonem, jako że w Poddąbiu jedynie Korsarz położony  jest naprawdę w lesie. chociaż cała osada jest praktycznie polaną otoczoną lasem, przez co niektórym wydaje się, że mieszkają w lesie, nie jest to do końca prawda. ja mam las zaledwie parę metrów za płotem, ale zgodnie ze stanem faktycznym mówię, że mieszkam przy lesie. czasem na mojej, i pewnie nie tylko mojej posesji trafi się pojedynczy podgrzybek albo maślak. ale tylko w Korsarzu, wśród wysokich sosen i brzóz można z powodzeniem zbierać grzyby, najczęściej prawdziwki.

       

       


       

       

             niedawno gruchnęła złowieszcza wieść, że Korsarz został sprzedany jakiemuś krezusowi, który wybuduje  w tym miejscu wielkie bajeranckie spa, albo - nie pamiętam szczegółów - inny przeogromny turystyczny obiekt całoroczny. bardzo się tymi pogłoskami przejęłam, bo jeśli miałby zniknąć unikalny Korsarz byłby to niechybnie koniec Poddąbia jakie zdążyłam poznać. na szczęście hiobowe wieści okazały się modnym ostatnio fake newsem.


               podczas pierwszego pobytu osada wydała mi się bardzo swojska i poczciwa. zdecydowanie przeważały, zresztą przeważają do dzisiaj, domki o niezbyt wyszukanej architekturze. zapamiętałam tylko jeden dom, który się wyróżniał. chyba zadebiutuje teraz na blogu, bo nie przypominam sobie, abym go kiedykolwiek pokazała. 

       

       

       

       

              ciekawostka z nim związana jest taka, że przy domu pojawiają się nierzadko pracownicy firmy ogrodniczej, nigdy natomiast nie widziałam, aby ktokolwiek,  kiedykolwiek przebywał w środku. starannie wykończony i zadbany, mimo systematycznie pielęgnowanej zieleni wydaje się  raczej zimny i martwy. po latach dowiedziałam się, że należy do osoby z czołówki stu najbogatszych Polaków, mniejsza o nazwisko. biorąc pod uwagę kosmiczne możliwości finansowe właścicieli nie sposób nie zauważyć, że dom nie jest na szczęście żadnym symbolem luksusu - fantazyjnym pałacykiem czy dworkiem w stylu eklektycznym. wyróżnia się jedynie elegancją i całkiem dobrze wpisuje się w otoczenie. 


             pierwszym budynkiem, który naruszył pewną homeostazę osady był tzw. Dom nad Morzem. wybudowany dwa lub trzy lata temu (a może nawet cztery, nie pamiętam) wydawał się niewyobrażalnie wysoki. wówczas podniesiona została w Poddąbiu dopuszczalna wysokość zabudowy o jedną kondygnację.

       

       


       

       

              wysokość nowego pensjonatu początkowo raziła, ale po pewnym czasie jakoś się w Promenadę Słońca przy której stoi wpasował. i wydawało się, że to już koniec lokalnych zmian budowlanych, choćby z powodu bardzo nielicznych wolnych działek. niestety wkrótce potem gmina Ustka sprawiła nam przykrą niespodziankę. okazało się, że daliśmy się nabrać na obietnicę wspólnej przestrzeni wokół stacyjki rowerowej. miał tam powstać m.in. amfiteatr.  mimo protestów mieszkańców gmina sprzedała należące do niej w tym miejscu działki. było jasne, że ich zabudowa jest jedynie kwestią czasu.

             i tak w ubiegłym roku rozpoczęła się budowa pensjonatu obok stacyjki. mało kogo cieszyła, ale liczą się fakty, więc nie pozostawało nic innego, jak się z nowym stanem rzeczy pogodzić.

       

       

       


       

       

             naturalnie znów mamy do czynienia z dodatkową kondygnacją. imitacja budowy szachulcowej dość wprawdzie toporna, ale i ten pensjonat jakoś się wtopił w otoczenie.

             wczesną wiosną tego roku prywatny właściciel nieoczekiwanie sprzedał deweloperowi sąsiednią dużą działkę. błyskawicznie - naturalnie dzięki lex Szyszko - została ona wykarczowana. i natychmiast ruszyła kolejna budowa, a dokładniej dwie.

       

       

       

       

              w ten sposób zamiast jednego nowego pensjonatu będziemy mieli trzy. liczba miejsc noclegowych jest w gminnej wieści chyba zawyżana, więc nie będę nią straszyć. obiekt ma już swoją stronę internetową. w trybie first minute (10% zniżki) można dokonywać rezerwacji na przyszły sezon. ceny niezbyt niskie, ale też nie jakieś niebotyczne. moją uwagę zwróciła opłata za psa: 35 zł za dobę. reklamowany kryty basen wydaje się raczej sporą wanną do zabiegów leczniczych, więc konkurencja dla wynajmowanych w sezonie domków niewątpliwie będzie, ale chyba nieprzesadna.

       

       

       

            mogłoby się wydawać, że nic już więcej Poddąbiu nie grozi, bo zabudowane zostało dokumentnie. ale czy na pewno? w obliczu szaleństw partii całkiem niemiłościwie nam rządzącej, gdy absurd goni absurd, chyba wszystko może się zdarzyć. może się na przykład okazać, że klif nie jest wystarczająco narodowy i niezbyt piastowski. a buki, nie dość że poniemieckie, to nieładne, jakieś takie dziwnie powykręcane. i zapadnie decyzja, żeby je wyciąć, a posadzić zamiast nich polskie wierzby płaczące. albo postawią w lesie duży pensjonat dla klubów Gazety Polskiej, ewentualnie rodzin Radia Maryja. niby żartuję, ale mam wrażenie, że dopóki rządzi ta koszmarna, paranoiczna ekipa nie można być pewnym niczego. lepiej jednak o tym nie myśleć.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „nowe Poddąbie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 sierpnia 2017 14:52
  • środa, 09 sierpnia 2017
  • niedziela, 06 sierpnia 2017
    • nałóg, z którym się nie walczy

       

             11.37 - start rodzinnej wycieczki rowerowej do Słowińskiego Parku Narodowego. powrót niecałą godzinę później w strugach deszczu. takie mamy lato niestety. na szczęście nikt nie rozpacza, bo wszyscy uzależnieni...

             jedyny to chyba nałóg, którego się człowiek nie wstydzi. i jedyny, z którym nie ma się ochoty walczyć. od wczesnego dzieciństwa tkwię w szponach tego nałogu. od zawsze pamiętam dziką radość, jaką dawało mi obcowanie z książkami. stałe oszukiwanie rodziców: nocne czytanie z latarką pod kołdrą, nabijanie kresek na termometrze, żeby zamiast szkolnej nudy spokojnie, w aurze chorego, dokończyć w łóżku pasjonującą lekturę, od której nie sposób się oderwać. a potem natychmiast zacząć następną. wyprawy do księgarni, szczęśliwe powroty z wymarzonym łupem, tony książek zabieranych na wakacje...wystarczy, kto sam tak ma, doskonale rozumie o czym piszę. pozostali, cokolwiek bym nie dodała, i tak nie poczują bluesa.    

             myślę, że jest to nałóg w znacznej mierze przekazywany genetycznie. a także środowiskowo. chociaż jak to zawsze bywa, zdarzają się odstępstwa od reguły: czytający rodzice nie zdołali przekazać tego genu dzieciom. ci młodsi najczęściej polegli w nierównej walce z konkurencją: grami komputerowymi, portalami społecznościowymi, czy też generalnie internetem, bezlikiem filmów i seriali telewizyjnych. bardzo im współczuję, chociaż mam świadomość, że mogli odnieść inne, godne pozazdroszczenia sukcesy wychowawcze. osobiście, jako matka, nie mogę się szczególnymi sukcesami pochwalić. chyba zabrakło mi talentu, uporu, stanowczości w wyznaczaniu granic. ale gdy moja trzydziestoletnia córka po przyjeździe nad morze wybebesza z plecaka furę książek, a następnie starannie przeszukuje moje nowości, sprawia mi to wielką radość. no cóż, nikt nie jest doskonały. pozostaje nadawanie na tych samych falach jako całkiem niezła nagroda pocieszenia.

      ps. mąż też nałogiem dotknięty, ale podobno mąż to nie rodzina


             właściwie napisałam to wszystko, aby mieć pretekst do zacytowania pięknego akapitu z Drugiego dziennika Jerzego Pilcha, który to akapit mógłby być moim mottem życiowym:

             "Wtedy królowałem w drugim centrum mojego świata, w małżeńskim mianowicie łożu rodziców. Uwielbiałem chorować, leżenie i oglądanie książek z obrazkami, z czasem ich czytanie było - i prawdę powiedziawszy, jest - sto razy prawdziwszą formą egzystencji od jakiegokolwiek innego kręcenia się po powierzchni planety."

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „nałóg, z którym się nie walczy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 sierpnia 2017 15:25
  • wtorek, 01 sierpnia 2017
    • w kolejce

       

             ustawiłam się w krótkiej kolejce do kasy w antypatycznym markecie w Słupsku. przede mną był szczupły mężczyzna bez koszyka. stał bokiem do kasy, właściwie obok kolejki. dość mocno pochylony, sprawiał wrażenie czymś bardzo zaabsorbowanego. po chwili zobaczyłam, że trzyma w dłoni mnóstwo drobnych monet, które usiłuje liczyć. nie było to proste, bo monet miał pełniutką garść. sporo tych najdrobniejszych, miedzianych. tak jakby opróżnił skarbonkę dziecka - pomyślałam w pierwszej chwili. chociaż chyba jednak nie skarbonkę, dzieci tak niskich nominałów raczej nie dostają. nawiasem mówiąc, ten najdrobniejszy bilon powinien zostać wycofany z obiegu. czytałam, że koszty produkcji są wyższe niż wartość tych monet. nie bardzo więc rozumiem, po co państwo do tego biznesu dokłada.

             spojrzałam w dół - obok pana liczącego drobniaki stał worek kartofli. spory, ale nie jakiś ogromny. chyba pan nie był pewny, czy mu na te kartofle wystarczy. zrobiło mi się głupio. dobrze, że moje zakupy też były skromne, tylko trzy produkty. gdybym miała wózek pełen różności, czułabym się  jeszcze mniej komfortowo. a pan liczył i liczył... miałam ochotę powiedzieć, że gdyby mu brakowało, to chętnie dołożę do zakupu. tyle że on stał w takiej pozycji, jakby nie chciał się z tą garścią drobniaków afiszować. i niczego ode mnie nie oczekiwał.

             usiłowałam przyjrzeć mu się uważniej, ale twarzy do końca nie zobaczyłam. ubrany był skromnie, w marketach to jednak normalne. właściwie niczym się nie wyróżniał. tylko te drobniutkie pieniądze i worek kartofli...gdy położył bilon na taśmę, kasjerka wzniosła oczy do nieba. ale nie skomentowała. dość długo liczyła, po czym wydrukowała paragon na dziewięć złotych z groszami. - zgadza się? - upewnił się pan, mimo że dostał przecież paragon. gdy kobieta na potwierdzenie skinęła głową, złapał worek i szybko wybiegł na ulicę.

             dlaczego o tym piszę? bo prześladuje mnie ten worek kartofli. dni mijają, a ja mam ciągle przed oczami ten worek. i pana liczącego górę drobnych. dokąd pobiegł z tym workiem? czy ma może rodzinę, która na te kartofle czekała? a może był to bezdomny?

             postanowiłam, że już nikomu nie odmówię drobnego wsparcia. dotychczas czasami to robiłam, gdy zniechęcał mnie oddech, albo dziwna pewność, że to nie na jedzenie. czasem odruchowo kiwałam przecząco głową, bo mi się nie chciało wyjmować portfela. za to nigdy nie odmawiałam kobietom. ani mężczyznom na hasło, że to na leki, chociaż także miewałam wątpliwości.  od teraz jednak nie będę oceniała, zgadywała czy to na alkohol. jeśli chociaż co dziesiąty z tych, którzy proszą o datek potrzebuje na chleb albo kartofle, to wystarczy. a jeśli co setny? chyba też musi wystarczyć. przecież nie prześwietlę proszących. a co któryś z nich może być zwyczajnie głodny. pozostałym dorzucę do flaszki, czego nie lubię, ale chyba będę musiała polubić. trudno.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „w kolejce”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 sierpnia 2017 13:59

Tagi

Kanał informacyjny