klif on-line

Wpisy

  • poniedziałek, 29 lipca 2013
    • wieczór autorski w Ustce

                W miniony  wtorek przybył do Ustki na swój wieczór autorski  pan Andrzej
      Poniedzielski. Nie mam pojęcia jakim cudem informacja o tym wydarzeniu trafiła do mojej skrzynki mejlowej.  Sprawiło mi to przyjemność, że dom kultury, w którym nigdy
      jeszcze nie byłam uznał za stosowne mnie o tym wieczorze  powiadomić. Pracoholiczka Jula szczęśliwie dała się namówić i zarezerwowałyśmy bilety. Akurat w przeddzień przeczytałam w
      internecie o występach paru bardzo znanych rozśmieszaczy ( kwestia smaku, mnie
      akurat  ci panowie nie śmieszą), którzy użyczają swoich nazwisk pewnej firmie handlowej. Przed  ich występami ma miejsce event  pod nazwą warsztaty kulinarne,  a w rzeczywistości jest to wrabianie ludzi w kupowanie horrendalnie drogich garnków. Liderzy  tych zakupów (ktoś zapłacił niemal 6 tysięcy,  jednej chorej pani wmuszono patelnię za prawie trzy tysiące zł) dostają w dowód uznania bilety w pierwszym rzędzie na występie pana artysty i tak się kręci ten biznes, korzystny dla obu stron

      Lekko się zaniepokoiłam, że może i wieczór pana Poniedzielskiego jest taką transakcją
      wiązaną. Uzgodniłyśmy  z Julą, że przed  odebraniem  biletów  upewnimy się, czy nie grozi nam komercyjna impreza w pakiecie,  aby w razie czego zrezygnować.  Miła pani  z usteckiego domu kultury uspokoiła mnie, że u nich się takich pułapek na ludzi nie zastawia. Przepraszam zatem p. AP za niecne podejrzenia, ale upały są tak nieznośnie, że człowiek z wielkim trudem myśli i wszystko wydaje mu się podejrzane.

      W kwestii dostępności biletów na ten wieczór przeżyłam spore zaskoczenie. Kilkunastotysięcznej Ustce, w sezonie goszczącej  co najmniej taką samą liczbę turystów co stałych mieszkańców nie udało się wypełnić stuosobowej  sali. Panowie artyści (chyba cudzysłów by się zdał, ale niech tam) z garnkami z pewnością mają znacznie większą publiczność. Nie dziwi mnie to, znam
      upodobania  rodaków. Ale żeby w takim tłumie jak Ustka w sezonie nie znalazła się pełna setka osób skłonnych zainwestować 45 zł w bardzo sympatyczny wieczór?!  Trochę to jednak smutne.

             Fakt, że pan Andrzej Poniedzielski w  środku lata zjechał nad morze jest dla niego
      samego- jak wyznał -  pewnym zaskoczeniem. Nie znosi on bowiem lata. Jak w poprzednim swoim programie zakomunikował ma on stałą umowę ze słońcem, którą ratyfikują co roku, że nigdy jednocześnie na dwór nie  wychodzą. A tu raptem takie tournée: Międzyzdroje, Darłowo, Ustka, Kołobrzeg, Gdynia, Sopot. Najwyraźniej w tym roku zapomniał o ratyfikacji, a może świadomie ją pominął?

             - No cóż, Boryna też siał przed śmiercią – wyjaśnił krótko  ze swoją jak zwykle mocno ponurą miną. Po czym popłynęły piękne liryczne strofki śpiewane i inteligentne, subtelne rzucane
      jakby od niechcenia  żarty. 

              Cenię pana Andrzeja Poniedzielskiego za jego naturalność i konsekwencję w zajmowaniu się niewesołym problemem przemijania. Za to, że nie udaje kogoś innego, młodszego, takiego równego chłopa, który koniecznie musi podobać się wszystkim, więc rozszerza ten największy wspólny mianownik łapania żartów do poziomu ubliżającego inteligencji średnio rozgarniętego widza. Nie dręczy ludem smoleńskim, nie naśmiewa się z Jarosława Kaczyńskiego ani nawet jego kota, nie kpi z Donalda Tuska. Politykę pozostawia na zewnątrz sali, za co większość widzów jest mu zapewne ogromnie wdzięczna. Jak mało kto umie tworzyć żarty na własny temat, co jak wiadomo wymaga sporej inteligencji i dystansu do siebie. Podoba mi się też prezentowany przez niego minimalizm.  Służę świeżutkim przykładem. Zacytował życzenia, które usłyszał niedawno od swojej czteroletniej wnuczki: “żeby mu się jakoś coś tam spełniło”. I nazwał te życzenia swoją nową definicją szczęścia. Mnie to też pasuje: żeby jakoś się kręciła ta reszta żywota i coś tam
      się w niej jeszcze się działo. Od siebie dodałabym:  i żeby nie bolało.

          I na koniec mój ulubiony cytat. Gdy  w którymś z wcześniejszych programów  skonstatował, że
      młodszy
        to on już prawdopodobnie nie będzie, określił ł swój aktualny wiek jako “stan
      młodości stabilnej”. I zdefiniował go w ten sposób:  „jest to taki  moment w życiu człowieka, kiedy ma się uregulowany stosunek do świata, objawiający się wzajemnym brakiem
      zainteresowania.”  Ja tę definicję kupiłam natychmiast i od paru lat wiernie mi służy. Ale nie każdy się w niej odnajduje. Dlatego bardzo sobie cenię fakt,  że pochodzę  od tej samej małpy co ten ujmujący Pan Artysta.

              

       i jeszcze moja ulubiona "Wesoła dumka o starości":

       
      Nie kocham tamtej
      Nie kocham Ciebie
      Bo kocham
      Ciebie tamtą.



      Postarzała nam się, już ta nasza wiosna
      Posiwiały trawy i pordzewiał bez
      Już nam się wyszumiał zielony wodospad
      w zielonej otchłani zniknął kwiatów deszcz.

      Postarzała nam się już ta nasza wiosna
      Świeczki kasztanowca jeszcze palą się
      Już nie bosonoga i nie tak zazdrosna
      Odchodzi wtulona w pożyczoną mgłę.

      Nie wiem, nie rozumiem, ani nawet pragnę
      Tęsknię, bo tak pięknie tęsknić aż po kres
      Może dla tej jednej głupoty daremnej
      Może tylko po to cała wiosna jest.

      Postarzała nam się już ta nasza wiosna
      Kwieciście stokrotna i stukrotny żal
      Może ją i nawet nie wstyd jeszcze spotkać
      Ale jakoś trudno ruszać z nią na bal.

      Postarzała nam się już ta nasza wiosna
      Świeczki dawnych rozstań, jeszcze płoną w nas
      Tylko nocą ciemną, słychać czasu wiosła
      Przynajmniej tak mówią, mówią – płynie czas.

      Nie wiem, nie rozumiem, ani nawet pragnę
      Tęsknię, bo tak pięknie tęsknić aż po kres
      Może dla tej jednej miłości daremnej
      Może tylko po to cała młodość jest.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „wieczór autorski w Ustce”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 lipca 2013 17:55
  • wtorek, 16 lipca 2013
    • powrót Zosi

       

                 To nie jest nowy wpis, powtarzam ten sprzed tygodnia. Zostałam nazwana szmatą bez charakteru za to, że go ocenzurowałam.  Może i zasłużyłam na to, ja  też nie lubię cenzury. Ponegocjowałam więc  z sąsiadką, czy na pewno nie można by było go przywrócić. I udało się: Zosia, znużona moim molestowaniem, niechętnie bo niechętnie, ale się
      zgodziła. 

      -------------------------------------

       

             Napisze kompetentnie i zajmująco na każdy temat: o pieczeniu chleba na wsi i kapistach, o poezji kobiecej i kołowrotku, o rzezi wołyńskiej,  słynnym płótnie Picassa, kozie Zuzi, zawirowanich życiowych słupskiego fotoreportera…Długo bym tak mogła wyliczać,
      dodam tylko, że pisze też wiersze, ale nie uważa się za poetkę. Jak orzekł dawno temu Tadeusz Różewicz "poetą się nie jest, poetą się bywa". Bywa zatem Sąsiadka poetką.

             Zastanawiałam się czy jest etnologiem, historykiem albo historykiem sztuki, a może antropologiem kulturowym? Okazało się, że chociaż porusza się
      swobodnie we wszystkich tych dziedzinach z wykształcenia jest filologiem. No tak, profesjonalizm w recenzowaniu książek i piękna, perfekcyjna polszczyzna.  Należało  filologię polską  wziąć pod uwagę.

         A teraz odrobinę prywatności uchylę

          Zosia jest osobą bardzo zapracowaną, ale na widok gościa, który na bank pojawił się  nie w porę uśmiecha się radośnie. 
      Wpadam do niej przeważnie przed południem, w godzinach pracy apteki, poczty i sklepów w Objeździe. Ale  apteka  i  sklepy  to tylko preteksty, tak naprawdę jadę do Zosi.

      Zanim zdążę usiąść na stole ląduje już obiad – Zosiu, dziękuję, przecież jeszcze za wcześnie - protestuję

      Ale Zosia nie uwzględnia żadnych protestów. Podobno dlatego, że jest najstarsza z rodzeństwa.

      - Nieprawda, nie jest wcale za wcześnie, masz zjeść!

      I za chwilę  niczym chłoporobotnik z filmu Barei wsuwam obiad na śniadanie. Skądinąd pyszny obiad.

      Przed wyjazdem Zosia wyposaża gościa na drogę, tu również protesty są daremne.  W lecie oddaje wszystko co ma z sadu i
      szklarni,  w pozostałych porach roku będą to jabłka i przetwory. Ale nie tylko.

      Mówię, że muszę się wybrać po parę rzeczy do miasta. Okazuje się, że wcale nie muszę. Bo Zosia ma wszystko, no prawie
      wszystko.. I chętnie się podzieli, pożyczy, a nawet odda bez żalu, wręcz z radością. Nie dotyczy to tylko męża, psa Zenka i ukochanych książek.

      - Powiedz czego nie masz – nakazuje Zosia.
      Wyliczam. - Mam, mam, mogę ci dać! - woła radośnie. W końcu wymieniam coś, czego ona nie ma w swoich zasobach. Wtedy smutnieje, bo nie może mi tego dać.

      - To kiedy przyjedziesz? Może jutro?- pyta na pożegnanie upychając mi pół sadu i trzy czwarte szklarni do auta.

      Tak naprawdę dla mnie Zosia jakby z kart Prousta zeszła. Uzasadnienie tego wymaga jednak talentu więc się nie podejmuję i musicie mi uwierzyć na słowo.

      --------------------------------------------------------------

           W tym miejscu sprawa nieco się komplikuje, bo wydaje mi się, że tego wiersza nie napisała jednak Zosia, ale ktoś inny, również z Objazdy. I chyba nie Zosia sfotografowała plażę w Poddąbiu. Ale jakoś niezręcznie by mi  było się dopytywać. Może sama to kiedyś wyjaśni?

       --------------------------------------------

       

      nic nie jest doskonałe

      nic nie musi być doskonałe

       

      kręta droga do domu

      potykająca się o zdradę i samotność

      wielka miłość

      książka do której dołączono erratę

      szachulcowy kościół w Objeździe

      zżerany przez korniki

       

      wierszowana opowieść

      piękno nie jest doskonałością

      odkrył pan Leśmian

       

      tylko Ona jest perfekcyjna

      nie uznaje erraty, korekty, suflera

      nie potrzebuje odpuszczenia win

      przychodzi lekko, niepostrzeżenie

       

      zapisze moje imię

      wzorem chemicznym

      w księdze wszechświata

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „powrót Zosi”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 lipca 2013 17:07
  • środa, 10 lipca 2013
    • czymajcie kciuki!

                 dzienkujem Ci Olu, że tak ładnie o mnie napisałaś. Asz baba wyżuty sómienia poczuła, że mnie tak długo do komputera nie dopuszcza. Alesz ona jezd wredna! Pszeciesz w świento psa to powinien być muj wpis a nie jej. Ona jezd zresztą nie tylko wredna ale i obłódna. Udaje, że siem tak nad losem zwierzont pochyla, a nawet mi rzyczeń świontecznych nie złożyła. Poszłyśmy tylko do karczmy i mi  trochem miensa pod stołem dała zamiast zamuwić dla mnie oddzielnom porcje i chociasz w ten jeden dzień do stołu zaprosić. A tak to siedziałam pod tym stołem jak kto glópi a, Gandzia sie na mnie cały czas z wyszszościom gapiła. Gandzia mówi, że ta karczma to jest jej, a pani Julka jest tylko słupem, bo siem Sanepid nie zgodził, żeby pies karczme prowadził. Na poczontku myślałam że ona sciemnia, ale widzem, że pani Julka czensto w kuchni zasuwa, a Gandzia na kanapie albo na fotelu siem roskłada  wienc to moze być prawda. Ona ma taki swuj starodawny fotel pięknym pledem angielskim wyścielony i sie z niego pszyglonda czy fszyscy uczciwie pracujom.

      Co poradzić, taki jusz jest ten kapitalizm, jeden ma całom karczmem, a inny musi domu za miskem strawy pilnować i jeszcze do tego mieć ciongle szlaban na komputer.

      Pszyjechała pani Iwonka z rodzinom, ale bez psuf. Misiek podobniez na wieś siem wyprowadził, a Bono i Pikuś woleli zostać w Gdańsku. Fcale siem im nie dziwiem, bo te Poddąbie to takie nie wiadomo co, ani to wieś ani miasto. A jusz ten klif to całkiem pszereklamowany. Mieszkajom na nim bardzo niekultualne zwierzenta, można powiedzieć dzikusy. W ogóle nie pszedstawi siem taki, nie powie jak siem nazywa i gdzie mieszka. Po jakichś norach i kszakach siem kryjom, a niektóre to tylko ciemnom nocom s tych nor wychodzą dziwolągi jakieś. Jednak w mieście to jezd wieńksza kultura.

      Pani Iwonka co sfoje psy na uczelniem Hauvard posyłała poucza babe jak ze mnom postempować. Jak tylko zaczynam szczekać obie wołajom: do domu! No szkoda, że nie do budy. Pszeciesz to jest niemoralne, to udeża w muj etos pracy! Jak domu i posesji pilnujem to pszeciesz muszem szczekać. A co morze mam ćwierkać albo miałczeć? Od tego jezd pies żeby szczekał, a jusz na pewno pies pracujoncy. Krenci siem teras po Poddabiu tyle opcych ludzi i zwierzont, jak tu nie pilnować? A te psy pszyjezdne ogony zadzierają, jakieś apaszki, bandanki, spinki, kokardki i obrorze z kryształkami noszom. I jak ja pszy nich wyglondam? Stara obrorza, bura jakaś, znoszona, chyba po nieboszczce jeszcze. Siedem lat niedawno skończyłam, a nigdy jeszcze w salonie pienkności nie byłam. W ogóle po mnie nie widać, że rodowitom warszawiankom z Saskiej Kępy jestem.

      Dlatego nie widzem tu dla siebie pszyszłości. Pszeprowadziłabym siem na prawdziwom wieś, bo tam jak pies szczeka, to jezd za to szanowany. Ale z drugiej strony czytałam, że tam urzywajom łańcuchuf i niezbyt smaczne jedzenie dajom.

      Myślem że w Polsce w kfestii praw psuf to my sto lat za mużynami jesteśmy, dlatego rozwarzam tesz emigracjem. Najlepiej by mi pasowała Skandynawia, morze Szfecja? Jusz napisałam w tej sprawie do Szfedzkiego Zwionzku Psuf Pracujoncych i teras czekam na odpowieć. Ale nie martfcie siem, nie zniknem. Za granicom za ucziwie zarobione pieniondze kupiem sobie laptopa i bendem własnego bloga pisała. A baba jeszcze gorzko tych swoich szlabanuf pożałuje i bendzie mogła mi nakukać, jak po drugiej stronie Bałtyku zamieszkam. Czymajcie kciuki, rzeby mi siem te plany udały.

       

      

      

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „czymajcie kciuki!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 10 lipca 2013 13:24
  • poniedziałek, 01 lipca 2013
    • Dzień Psa

             Dzisiaj obchodzimy już po raz dziesiąty Dzień Psa. Wybrano termin dość szczególny, bo początek wakacji jest dla wielu psów początkiem bezdomności niestety. Kiedyś wydawało mi się, że pozbywanie się psa przed letnim wyjazdem rodzinnym jest jakąś ponurą polską specjalnością. Ale tak nie jest, podobnie dzieje się w państwach Europy Zachodniej. Najgorzej mają te wyrzucone w pobliżu autostrad - biegają zszokowane między autami i często giną, stając się dodatkowo przyczyną wypadków.

      Na portalu gazeta.pl zaprezentowano galerię bezdomnych psów, które może w tym świątecznym dniu podbiją czyjeś serce i znajdą szczęśliwy, kochający dom. Pomyślałam sobie: ten blog ma kilka tysięcy wejść tygodniowo, a nuż znalazłaby się osoba wrażliwa i zwierzolubna, która przygarnęłaby jednego z nich?

      Proszę, spójrzcie w oczy tym psom, może któryś z nich mógłby się stać członkiem Waszej rodziny?

      http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/5,114871,14199820,Dzis_Dzien_Psa__Moze_dla_ktorego_z_nich_to_bedzie.html#Cuk

      

       I jeszcze taka historyjka

       

      Zmarł
      pewien facet. Razem z nim zmarł jego pies.


      I
      oto dusza człowieka, z psem u boku, stoją przed wrotami z napisem ''Raj. Psom
      wstęp wzbroniony''.


      Nie
      przeszedł człowiek przez te drzwi, poszedł dalej, w nicość. Idzie, po jakimś
      czasie widzi drugie wrota. Nic nie jest na nich napisane, tylko obok siedzi
      jakiś starzec. Człowiek podchodzi do niego i zagaja:


      -
      Przepraszam szanownego...


      -
      Święty Piotr jestem.


      -
      A co jest za tymi wrotami?


      -
      Raj.


      -
      A z psem można?


      -
      Oczywiście.


      -
      A tam wcześniej to co to było?


      -
      Piekło. Do Raju dochodzą tylko ci, którzy nie porzucają
      przyjaciół.

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Dzień Psa”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 lipca 2013 17:40

Tagi

Kanał informacyjny