klif on-line

Wpisy

  • wtorek, 28 czerwca 2016
    • wrrrr

             

             jestem zła. okropnie. po pierwsze, bo przyszło lato, którego nie lubię. Poddąbie zapełniło się błyskawicznie. wszędobylskie głośne gokarty, dzieci w ilościach hurtowych, hałaśliwe maszyny do gier. i od razu na dzień dobry upały, których wręcz nie znoszę.

             po drugie, bo Brexit. tabloidy wespół z politykami namieszały niezbyt mądrym Angolom w głowach, a rezultat jest taki, że mocno oberwała cała Europa. i chociaż scenariuszy co dalej niby sporo, ale jednego możemy być pewni: lepiej już było.

             po trzecie, bo po długich wahaniach zdecydowałam się na remont. taki maksymalnie upierdliwy, z cyklinowaniem. wstałam bladym świtem, aby powynosić co się da: część rzeczy do drugiego mieszkania, część na trawę. meble wynieść miał umówiony jak to zadeklarował "na sto procent" pan M. no i nie przyszedł. nawet nie zadzwonił, a mojego telefonu nie odebrał. za to pojawił się niezawodny w takich okolicznościach deszcz. teraz snuję się jak pijane dziecko we mgle w poszukiwaniu a to kubka, a to miski psa, a to czegoś do jedzenia, bo nie pamiętam co w której lodówce. zastanawiam się, czy serdecznie podziękować panu M. za usługi, czy przyjąć go z podkulonym ogonem, łyknąwszy jakieś zapewne kłamliwe wyjaśnienia. oczywiście o ile w ogóle przyjdzie i będzie uprzejmy coś naściemniać.

              dawno dawno temu wyjeżdżaliśmy na wakacje z niespełna trzyletnią córką. nie zdążyliśmy jeszcze opuścić Warszawy, gdy niezadowolone z podróży dziecko oświadczyło: ja chcę do dużego pokoju. od tego czasu w każdej mało atrakcyjnej sytuacji, z której chciałybyśmy się wyrwać powtarzamy te słowa jak mantrę. oczywiście ja też w tej chwili chcę do dużego pokoju. zaraz wyślę w tej sprawie sms-a do mojej 30-letniej córki.

       

      wybrałam kilka fotek, na których Matka Natura też jest czegoś zła i nawet jej z tą złością do twarzy

      

      

       

       

       

       

       

      

       

      

       

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „wrrrr”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2016 23:16
  • wtorek, 21 czerwca 2016
    • śmieci było w bród

             i  jest nadal. w lesie, na plaży, na ulicach Poddąbia. najwięcej widzi się butelek. plastikowych oczywiście. tych co rozkładają się czterysta lat. tuż za nimi plasują się puszki i butelki po piwie. następnie butelki po wódce o różnej pojemności, ale z przewagą mniejszych. pudełka po papierosach, kartoniki po soczkach dla dzieci. opakowania po chipsach i słodyczach. w lesie niekiedy trafiają się, aż głupio pisać, zużyte pieluchy, a nawet - o zgrozo - zużyte podpaski. zapomniałam o najliczniejszych chyba, często fruwających na wietrze - zwłaszcza na plaży - torebkach foliowych. całość robi przygnębiające wrażenie. i nic to, że urząd gminy już na początku maja zadbał o ustawienie większych i mniejszych pojemników. również takich do segregowania odpadów. najwyraźniej rozstawanie się ze śmieciami w trybie natychmiastowym jest bardziej sexy niż zanoszenie ich do stosownego miejsca. mandaty ustanowiono wprawdzie wysokie, nawet do 1000 zł, ale co z tego, jeśli to jedynie teoria. mieszkając od blisko 5 lat na skraju lasu, jeszcze ani razu nie widziałam straży leśnej. tymczasem w zaśmiecaniu lasów pojawiły się nawet nowe trendy. dowiedziałam się o tym z wywiadu z pewnym leśniczym, ale nie zdradzę jakie, bo a nuż ktoś z instrukcji skorzysta. na razie jeszcze na szczęście do poddąbskich lasów nie dotarły.

              o tym, że śmieci w lesie to nie jest sprawa wyłącznie natury estetycznej wie już pewnie każde rozgarnięte dziecko. puszki, butelki, folia bywają śmiertelną pułapką dla zwierząt, szczególnie młodych, które próbują się nimi bawić. ale i dorosłym  osobnkom zdarza się w folię zaplątać. szkło z potłuczonych butelek kaleczy nogi saren i jeleni, innych zwierząt pewnie też. resztki piwa z puszek chętnie wypijają na przykład jeże, mogą się nawet nimi upić. brzmi to może zabawnie, ale pijany jeż traci instynkt samozachowawczy i staje się łatwym łupem swoich naturalnych wrogów.

             do lasów zwożone są też w dalszym ciągu stare meble, gruz i różne poremontowe odpady. kleje, resztki farb i lakierów a także inne toksyczne chemikalia powodują skażenia gleby i zatrucia zwierząt, często śmiertelne. czasem zwierzę umiera powoli i w męczarniach. niby wszyscy , no może oprócz myśliwych, od dziecka kochamy leśne zwierzęta, a tak lekkomyślnie narażamy ich zdrowie i życie. 

            wyrzucanie do lasu tych sporych odpadów, tzw. gabarytów wydaje się kompletnie niezrozumiałe mieszkańcom miast, którzy mogą je zwyczajnie wystawić przed budynek. ale mieszkańcy wsi już tak słodko nie mają. tzw. ustawa śmieciowa umożliwia wprawdzie bezpłatne pozbywanie się tych gabarytów, ale jak to konkretnie działa miałam parę dni temu okazję przekonać się sama. mój Drogi Gość z Warszawy (DGzW), skądinąd fanatyczny pedant, już następnego dnia po przyjeździe zebrał do auta walające się na posesji niepotrzebne graty i zarządził jazdę na wysypisko odpadów w mieście U. sama się tam już od ładnych paru tygodni z tymi gratami zbierałam, ale mówiąc szczerze czułam jakiś lęk przed nieznanym. dlatego inicjatywę DGzW zaakceptowałam bez szemrania i mimo koszmarnego upału potulnie wsiadłam do obrzydliwie nagrzanego samochodu. teren firmy prowadzącej wysypisko, zwanej elegancko Zakładem Gospodarki Komunalnej sp. z oo, jak na niewielkie miastu U. okazał się ogromny. długo błądziliśmy zanim udało nam się namierzyć niepozorny parterowy budynek mieszczący biuro. w pierwszym pokoju przywitała nas kolejka. niezrażona petentami pani urzędniczka prowadziła ożywioną rozmowę telefoniczną. kiedy skończyła poirytowani interesanci zgłaszali jej różne pretensje i reklamacje. atmosfera gęstniała, czas płynął, upał nie odpuszczał. gdy w końcu mogliśmy wyjawić cel naszej wizyty skierowano nas  do drugiego pokoju. najpierw pan urzędnik przystąpił do sprawdzania, czy jesteśmy uprawnieni, aby tu właśnie zostawić nasze graty. trochę to potrwało, dodatkowo złośliwy komputer się zawiesił. potem pan wydrukował jakiś dokument, który musiałam podpisać. naturalnie podpisałam bez czytania. następnie pan urzędnik opuścił biurko, a nawet biuro i udał się z nami, aby osobiście obejrzeć z czym też przyjechaliśmy. w sumie nie było tego dużo: dwa stare leżaki, zardzewiały grill, jakaś szafka i kilka innych drobiazgów. pan urzędnik długo patrzył z zafrasowaną miną na zawartość naszego bagażnika. zupełnie jak byśmy mu tirem parę ton toksycznych odpadów podrzucili. w końcu wygłosił mini wykład, a właściwie obszerną instrukcję, gdzie możemy przywiezione przedmioty zostawić.  okazało się, że każdą rzecz gdzie indziej. skrupulatnie wyliczał jakieś tajemnicze bramy, podjazdy i rampy. gdybym przyjechała sama pewnie bym w tym momencie zrobiła w tył zwrot z przywiezionymi gratami, bo nigdy się w trakcie takich tyrad nie potrafię skupić. na szczęście perfekcyjnie skupiony DGzW  wytrwał dzielnie na posterunku. pan urzędnik wynagrodził go za to kluczem do jakiejś kłódki, z którą potem mocował się przez kilka kolejnych minut. okazało się, że zardzewiała kłódka wisiała na bramie do raju, czyli wysypiska w sensie ścisłym. wreszcie złapaliśmy Pana Boga za nogi: wjechaliśmy na teren, na którym wśród przeróżnych sektorów  uwijało się kilku panów, przypuszczalnie prywatnych kolekcjonerów złomu i różnych innych skarbów. sympatyczni panowie postanowili zająć się przywiezionymi przez nas rzeczami uwalniając nas od kłopotliwego obowiązku rozwiezienia ich zgodnie z instrukcją pana zza biurka. w dodatku DGzW nie musiał nawet ponownie mocować się z kłódką, bo akurat na wysypisko wjechała spora śmieciarka. jeszcze tylko odniosłam do biura powierzony nam klucz i można było uznać misję za zakończoną. chociaż opuszczałam wysypisko jako kobieta spełniona i szczęśliwa, raczej się tam więcej nie wybiorę. i tak sobie myślę, że dopóki pozbywanie się odpadów związane będzie z takim czasochłonnym i wysmakowanym ceremoniałem, dzikie wysypiska w lesie i gdzie indziej w dalszym ciągu będą się niestety miały dobrze. 

       

      

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „śmieci było w bród”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2016 18:07
  • środa, 15 czerwca 2016
    • dziś som moje urodziny

       

             dzień dobry, to ja Cliff. kiedyś sporo na tym blogu pisałam, ale ostatnio mam bardzo durzo szczekania. no i pilnować domu muszem  bez pszerwy. wczoraj wieczorem skożystałam z tego, że baba nie domknęła nowej furtki i wykopałam bardzo durzy dół pszy wejściu somsiaduw. no cuż, jestem norowcem i mam swoje potrzeby.  poza tym chciałam siem zemścić za te wszystkie płoty, bo zostały postawione z narószeniem moich praw psa. rozwarzam zwrócenie siem w tej sprawie do Komisji Europejskiej albo do Komisji Weneckiej nie bardzo wiem którom wybrać, morze mi ktoś poradzi. szkoda że nie ma takiego urzędu jak rzecznik praw psa do którego by siem zgłaszało takie właśnie sprawy. te płoty utrudniajom mi prawidłowe pilnowanie posesji i ograniczajom mojom wolnośc osobistom. a mówionc wprost to było ze strony baby zwyczajne świństwo.

              z powodu tej dziury co jom wykopałam baba jest na mnie wściekła. teraz bendzie musiała pożyczyć taczkę od pani Julii i przwieźć piasek żeby te dziure zasypać i całom mojom pracem zmarnować. może jedna taczka to bendzie za mało bo dziura faktycznie głemboka. ciekawe dlaczego tak jest, że jak siem chce zasypać dziure to ziemi zafsze brakuje. jak ktoś siem na tym zna to proszem o wyjaśnienie.

             i tak zamiast świentowania moich urodzin mamy awanture. baba nazywa mnie obleśnym kundlem i straszy schroniskiem.  biorąc pod uwagę że jestem jej najlepszom pszyjaciółkom jest to obórzające. nie wiem co dalej z tymi urodzinami bendzie. może nic. a może jak jusz baba te dziure zasypie to siem uspokoi. miały być kabanosy, kurczak i parufki . jak na razie to som tylko pretensje i obraźliwe słowa.

           kończem dzisiaj 10 lat. wiem że to nie jest mało i że tak jak mówił o sobie pan Poniedzielski młoda to ja jusz raczej nie bendem. mam od niedawna niedomykalność zastafki  doktor mówi, że niedługo będę musiała brać leki na serce. mam tesz poczontki zaćmy. ale za to mam bardzo ładne zemby, którymi siem chciałam pochwalić

      

      

       

             mojemu  koledze Pikusiowi z Gdańska co jest tylko 3 lata ode mnie starszy jusz dużo zembów wypadło i muszom mu robić papki. a o moich zembach doktor powiedział że som takie, jakbym miała dopiero dwa lata. cieszę siem z tych zembów bo nie ukrywam że lubiem czasem ugryźć albo chociasz powarczeć z groźnie wystawionymi zembami.

             jak siem baba nie uspokoi i dalej mnie bendzie obrażać, to mam sfój plan awaryjny. najpierw pójdem do karczmy do pani Julii. na pewno dostanem tam coś dobrego. na paniom Julie zafsze mogem liczyć. jej kuchnia bardzo mi odpowiada, a pszy tym pani Julia nie jest taka humorzasta jak baba. potem sobie pujdem nad morze i trochem pobiegam. albo zostanem na plaży dłużej i poczekam na zachód słońca. a baba niech siem ze swoimi parufkami wypcha. w końcu sama sobie nagrabiła.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „dziś som moje urodziny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 15 czerwca 2016 10:43
  • poniedziałek, 06 czerwca 2016
    • z mojego podwórka

       

             tak jakoś wyszło, że chwilkę mnie tu nie było. jeśli ktoś poczuł się tą moją nieobecnością zawiedziony - przepraszam - jednak wiosną real bywa bardziej absorbujący niż świat wirtualny. a jeśli ma się jeszcze na głowie różne zajęcia  porządkowo-remontowe, tak jak w moim przypadku, to można kompletnie stracić serce do bloga. spróbuję się poprawić, a nuż się uda.

             dom na klifie, w którym mieszkamy z panną Cliff jest współwłasnością, ale przez większą część roku bytujemy tu same. dopiero późną wiosną pojawiają się właściciele pozostałej części domu, a latem również wczasowicze. tymczasem Cliff, która panoszy się na całej posesji  nie zawsze i nie przez wszystkich mile widziana, absolutnie nie chce tego stanu rzeczy zaakceptować. jej się chyba wydaje, że cała ulica Plażowa do nas należy, bo zawzięcie obszczekuje wszystkie przejeżdżające samochody. prawdopodobnie czuje się też właścicielką przylegającego do posesji lasu, jako że szczeka także na spacerowiczów. jej stanowisko strategiczne to okolice bramy wjazdowej. w chwilach wolnych od szczekania namiętnie kopie doły, co bywało powodem konfliktów z sąsiadami. wymyśliłam więc, że przed zbliżającym się nieuchronnie sezonem ogrodzimy część działki, odcinając Cliff dostęp do bramy oraz tarasu sąsiadów. operacja wymagała ustawienia trzech płotków, starannie dobranych tak, aby niewysoka przecież psina nie była w stanie ich sforsować. na głównego wykonawcę projektu wytypowany został pan K. z Machowinka, tzw. złota rączka, zapraszany przez mnie i parę innych osób z Poddąbia do różnych prac okołodomowych. wspomóc go miał mój Drogi Gość z Warszawy. w ciągu dwóch dni skompletowaliśmy z DGzW niezbędne materiały i w uzgodnionym wcześniej terminie oczekiwaliśmy na przybycie pana K.

             pojawił się on punktualnie, tyle że miał dla nas dość przygnębiający komunikat. oświadczył bowiem, że jedzie w pizdu na kilka dni, bo nie będzie cały czas kurwa zapierdalał.* po czym zniknął jak sen jaki złoty. i wprawdzie nie usychaliśmy z żalu, ani nie omdlewali z tęsknoty (Słowacki wielkim poetą był), to jednak trochę nam, a zwłaszcza DGzW plany pokrzyżował. przez tydzień potykaliśmy się o rozłożone materiały budowlane złorzecząc nieco pod adresem pana K., który szczęśliwie w końcu powrócił. absolutnie nie chciał nam zdradzić gdzie przebywał jak go z nami nie było, ale na dobrą sprawę kierunek podróży zawarty był w komunikacie. najważniejsze przecież że wrócił, a do tego zrelaksowany i uśmiechnięty. panowie utworzyli zgodny i zgrany duet, toteż praca wykonana została solidnie i w przyzwoitym tempie. przed odbiorem inwestycji obejrzałam starannie wszystkie płoty i uznałam, że są dokładnie takie właśnie jak być powinny, a panna Cliff nie ma najmniejszych szans się przez nie przedrzeć.

             wieczorem w towarzystwie DGzW  i miejscowej celebrytki pani J. uczciliśmy butelką wina udane przedsięwzięcie. następnego dnia udałam się do Machowinka pozostawiając Cliff za nowiutkim, jeszcze niezaimpregnowanym płotem, a dokładniej trzema płotami. a po powrocie zastałam ją radośnie ujadającą pod swoją ulubioną bramą. podkopu żadnego nie zrobiła, a jakim cudem udało jej się wydostać na zewnątrz pozostaje na razie jej osobistą tajemnicą. prowadzone są w tej sprawie szeroko zakrojone badania detektywistyczne, o wynikach których nie omieszkam poinformować.

      -------------------------------------------------
      przepraszam osoby źle znoszące ten typ polszczyzny. ale gdyby zamiast cytatu napisać "pan K. nie przystąpił do pracy, ponieważ udał się w tajemniczą podróż, to fraza zastępcza wyprana by była zarówno z dramaturgii jak i lokalnego kolorytu

      

       


       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „z mojego podwórka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 czerwca 2016 13:41

Tagi

Kanał informacyjny