klif on-line

Wpisy

  • wtorek, 25 czerwca 2013
    • królowa jest tylko jedna

          Mogłoby się wydawać, że życie płynie mi tu lekko, łatwo i przyjemnie: pląsam sobie radośnie po klifie, wyleguję na plaży i pstrykam fotki. Niestety beztroskie dni  od kwietniowego powrotu do Poddąbia rzadko mi się trafiają. W związku z faktem, że nabyliśmy jedynie część domu, stosowne zapisy aktu notarialnego  zobowiązywały nas do rozdzielenia instalacji elektrycznej i wodociągowej. A do tego potrzeba fachowców. Zagadnienie pozyskiwania majstrów, złotych rączek, czy panów do prostych czynności pomocniczych znane mi jest od czasu remontu domu na Mazurach ok.30 lat temu. Było to wówczas działanie niemal desperackie.  Pieniądze, za które niewiele można było kupić, zwyczajnie nie były ludziom potrzebne. Ileż to razy przemierzałam wzdłuż i wszerz malowniczą wioskę nad jeziorem Płaskim, w nadziei wygarnięcia z chałupy jakiegoś w miarę trzeźwego osobnika, który stanąłby na przykład przy betoniarce. A polowanie na jedynego w okolicy stolarza, niezmiernie rzadko bywającego w stanie innym niż wskazujący do dzisiaj śni mi się po nocach. Oczywiście są to sny z kategorii koszmarów.

      Podstawowym zainteresowaniem tamtejszych panów już od rana było złagodzenie bólu istnienia przy pomocy alkoholu. Tymczasem reglamentacja plus sprzedaż od godziny trzynastej stanowiły poważne utrudnienie. Dlatego wódka była najlepszą jednostką płatniczą. Skuszeni perspektywą otrzymania kartek na horrendalną liczbę butelek wódki przyznawanych na wesele, zalegalizowaliśmy wówczas związek nieformalny. I warto było wejść w ten biznes. Jako posiadacze bezcennego kapitału staliśmy się z dnia na dzień szalenie atrakcyjnymi pracodawcami. Lokalne obiboki nagle spragnione pracy, no powiedzmy że pracy, przybywały do nas gromadnie. Chyba tylko dzięki tym paru skrzynkom żytniej czy wyborowej udało nam się skończyć wlokący się makabrycznie remont domu.

      Czasy szczęśliwie się zmieniły. Wiejskie sklepy oferują wybór alkoholi zbliżony do dawnego Pewexu, pieniądze odzyskały wartość. I tylko z panami do dorywczej pracy kłopot pozostał. Gdy dzwonię do nich z polecenia, są grzeczni i zdecydowani. Umawiają się na konkretny termin, po czym najczęściej nie przychodzą. Znowu dzwonię, przypominam. Okazuje się, że coś im wypadło, ale na pewno przyjdą jutro. Dzwonię następnego dnia... I tak da capo al fine.

      Nie rozumiem dlaczego ci mili panowie po prostu mi nie odmówią. I dlaczego, wszyscy przecież wyposażeni w telefony, nie poświęcą tych paru groszy na zawiadomienie mnie, że jednak nie przyjdą. Moja sąsiadka, pani Iwonka, opowiedziała mi jak parę lat temu penetrowała z mężem okoliczne wioski w poszukiwaniu chętnych do pracy. I gdy grupie dżentelmenów sączących przed sklepem piwko zaproponowali szybki i łatwy zarobek nie spotkali się z najmniejszym zainteresowaniem. "Nie robim, bo się ujebiem" wyjaśnił szczerze i z godnością jeden z panów w imieniu całej grupy. Wolałabym usłyszeć taką konkretną i wyczerpującą odpowiedź zamiast systematycznego wpuszczania mnie w maliny.

      Jest jednak w Poddąbiu osoba, wokół której kłębią się  tabuny majstrów i złotych rączek wszelkiej maści.  To Julka od karczmy, jej nikt nie zwodzi tak jak mnie. Jako osobą niezwykle uczynna ratuje mnie niekiedy użyczając zatrudnianego przez siebie osobnika. Przychodzą niezbyt chętnie, chyba tylko po to, aby zrobić grzeczność Juli. Parę dni temu po szczęśliwym zakończeniu rozdzielenia wody i prądu potrzebny był mi ktoś do uporządkowania zrujnowanej wykopami posesji. Scenariusz się powtórzył: mili panowie obiecywali...itd.

      Udałam się po ratunek do Julki, tym razem nie miała pod ręką nikogo. Naturalnie  jakieś roboty trwały u niej w najlepsze, ale to byli specjaliści z wyższej półki.

      Wróciłam zrezygnowana do chałupy, a po chwili stał się cud: na słomiance stanął przystojny młody człowiek, jeden z tych, którzy mnie zwodzili. Miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Duma mnie rozpierała, że bez pomocy Juli dałam radę coś załatwić. Jakże byłam naiwna! Szybko się okazało bowiem, że to nie był żaden cud -młodzieniec przybył na prośbę Julki.

             Tak więc cudów w Poddąbiu nie ma. Jest tylko niezawodna Jula, która nawet jak nikogo dla mnie nie ma, to jednak spod ziemi wytrzaśnie. Zastanawiam się, czemu do niej się garną, a mnie zbywają i nie umiem znaleźć odpowiedzi. Być może jest tak, jak obwieściła niegdyś niejaka Doda: królowa jest tylko jedna.

       

       

      ?

      na zdjęciu Królowa w Australii, a może na Singapurze? fotkę zdobyłam podstępnie, bez wiedzy i zgody Juli. jak widać każdego owinie sobie dookoła palca...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „królowa jest tylko jedna”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 czerwca 2013 15:15
  • czwartek, 20 czerwca 2013
    • spotkanie nad morzem

            Od kilku dni widywałam ją co wieczór w tym samym, dość
      odludnym rejonie plaży. Drobna, niewysoka, niemłoda siedziała
      z rękami splecionymi na podkurczonych nogach i nieruchomo patrzyła przed siebie. Z zamyślenia wyrwał ją mój pies,  który podbiegł do niej przyjaźnie machając ogonem.
      - No proszę jaki miły piesek, jak się go spotka na neutralnym
      gruncie. A  zza ogrodzenia ujada, jakby miał ochotę zagryźć człowieka. Aż strach przechodzić koło pani. Wiem, wiem, pilnuje domu, taka już psia natura, też kiedyś miałam psa. Pobiegł za mężem na drugą stronę ulicy, akurat nadjechała ciężarówka. Skonał na moich rękach. Tak to przeżyłam, że już więcej nie chciałam psa w domu. Dzieci  parę razy błagały, ale nie ugięłam się i postawiłam na swoim.
      Tak sobie siedzę i myślę: jak to wszystko szybko zleciało, mój
      Boże jak zleciało....Jak to się mówiło kiedyś: czas szybko leci, tylko do pierwszego zawsze daleko. Właściwie dzisiaj to też aktualne. Nie dla wszystkich oczywiście, bo dzisiaj wielu ludziom to tylko ptasiego mleka brakuje. Ale są też tacy co na działkach zimą mieszkają albo w noclegowniach...
      - Może usiądzie pani na chwilę, taki piękny wieczór mamy...
      Usiadłam, chociaż nie miałam wielkiej ochoty na rozmowę. Na szczęście nie zadawała mi żadnych pytań, kontynuowała swój monolog.
      - Wie pani, siedzę na tym piasku, słucham szumu morza i
      przelatuję myślami nad całym moim życiem: ile smutku w nim było, to aż mi się nie chce wierzyć, że ja to wszystko wytrzymałam. Najpierw dzieciństwo  niewesołe, ciężko było matce nas wychować. Pięcioro nas było, ojciec jak to się mówi za kołnierz nie wylewał. Awantury, bicie,
      czasem trzeba było z domu uciekać. Małżeństwo też nieudane przez wódkę w dużej mierze...Ech, 
      po co ja to pani wszystko opowiadam...
      - Proszę mówić, jeśli ma pani taką potrzebę
      Nie wiem sama, czy mam potrzebę, sama tu jestem, dawno z nikim nie rozmawiałam. Nie ma o czym mówić właściwe, takie smutne, szare życie. Potem rozwiodłam się z mężem, wszystko zrobiło się prostsze i żałowałam że nie zdecydowałam się wcześniej. Człowiek głupi był, chciał żeby dzieci ojca miały. A jaki tam z niego był ojciec...
      Alimentów oczywiście nie płacił, ale sama dawałam radę.  Wszystko się jakoś poukładało, dostałam większe mieszkanie, lepszą pracę...I wtedy  syn miał straszny wypadek na motorze. Przeżył, ale kaleką został, na wózku.  Młoda
      jeszcze dość byłam, a w kilka dni całkiem posiwiałam.
      Nie wiem czemu się tak rozgadałam przy pani, ale jak już tyle
      powiedziałam to dokończę. Jestem chora, nieuleczalnie. Przyjechałam tutaj w przerwie między naświetleniami. Tak, to nowotwór, raczej niewiele mi już zostało. Zastanawiałam się, co bym jeszcze w życiu chciała zrobić i  wymyśliłam,
      że chciałabym jeszcze zobaczyć morze. Tylko raz w życiu byłam nad morzem, ale to były chyba moje najlepsze dwa tygodnie.  Już po rozwodzie, dostałam skierowanie na wczasy FWP do Jarosławca. Nawet kogoś tam poznałam, ale nie było warunków na
      znajomość, z dziećmi byłam. Trochę to jeszcze potem trwało, ale mieszkaliśmy daleko od siebie, nie było łatwo się spotykać. Koleżanka namówiła mnie na to Poddąbie,  bo ja właściwie chciałam pojechać do Jarosławca. Mam parę groszy
      zaoszczędzonych,  jak to mówią, trumna nie ma kieszeni.
      Ale ja cały czas mówię, a pani nic mi jeszcze o sobie nie
      powiedziała. Na stałe tu pani mieszka?
      Tak samo na stałe jak pani i cała reszta – pomyślałam, ale nie wiedziałam jak mam odpowiedzieć. – Wie pani, nic nie jest na stałe, wszyscy przecież jesteśmy tylko gośćmi na tej planecie – wymamrotałam w  końcu zakłopotana. 
      Uśmiechnęła się pierwszy raz tego wieczoru, chyba z sympatią. Tak jakby była mi wdzięczna za przypomnienie, że nie tylko ona jest śmiertelna.
       
       
      
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „spotkanie nad morzem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 czerwca 2013 00:13
  • środa, 12 czerwca 2013
    • nieroztropne żuki

      Wisława Szymborska
      Widziane z góry

      Na polnej drodze leży martwy żuk.
      Trzy pary nóżek złożył na brzuchu starannie.
      Zamiast bezładu śmierci - schludność i porządek.
      Groza tego widoku jest umiarkowana,
      zakres ściśle lokalny od perzu do mięty.
      Smutek się nie udziela.
      Niebo jest błękitne.

      Dla naszego spokoju, śmiercią jakby płytszą
      nie umierają, ale zdychają zwierzęta
      tracąc - chcemy w to wierzyć - mniej czucia i świata,
      schodząc - jak nam się zdaje - z mniej tragicznej sceny.
      Ich potulne duszyczki nie straszą nas nocą,
      szanują dystans,
      wiedzą, co to mores.

      I oto ten na drodze martwy żuk
      w nieopłakanym stanie ku słonku polśniewa.
      Wystarczy o nim tyle pomyśleć, co spojrzeć:
      wygląda, że nie stało mu się nic ważnego.
      Ważne związane jest podobno z nami.
      Na życie tylko nasze, naszą tylko śmierć,
      śmierć, która wymuszonym cieszy się pierwszeństwem.

       

       

      Sporo tych żuków martwych widuję, często po ścieżkach chodzą i nieuważni ludzie je rozdeptują. Czemu właściwie wybierają ścieżki zamiast bardziej zacisznych, a zatem bezpieczniejszych miejsc? Ktoś wie może?

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „nieroztropne żuki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 12 czerwca 2013 10:09
  • czwartek, 06 czerwca 2013
    • przygoda

             Przechodzę obok tego okna na piętrze zaledwie kilka razy dziennie, w sumie najwyżej kilkadziesiąt sekund jest w zasięgu mojego wzroku. Cała ta historia mogła się z powodzeniem wydarzyć bez mojej wiedzy i udziału, a jednak zdarzyła się kiedy akurat przechodziłam. Coś uderzyło niezbyt mocno w szybę, gdy skierowałam tam wzrok wydawało mi się, że widzę cień spadającego przedmiotu. Rozpoczynał się długi weekend czerwcowy, w pobliżu ogrodzenia hałasowały dzieci. Pierwsza myśl zatem, że to piłka, raczej nieduża, albo inny przedmiot służący do zabawy. Należało tę rzecz znaleźć i odrzucić za ogrodzenie w kierunku dzieci, które pewnie na to czekały. Wyszłam na podwórko szukając wzrokiem jakiegoś plastikowego gadżetu. Ale to nie była rzecz z plastiku, to w ogóle nie była rzecz. A ja zupełnie nie byłam na taki widok przygotowana. Nie od razu go zresztą zauważyłam. Leżał w trawie w pobliżu okna. Śliczny, czarnobiały z czerwoną opaską z tyłu łebka. Nietrudno było rozpoznać w nim młodziutkiego dzięcioła. Lot zakończony zderzeniem z szybą i upadkiem ze znacznej wysokości był pewnie jednym z jego pierwszych lotów. Leżał rozpłaszczony z rozpostartymi skrzydłami i wysuniętym dziobem. Widok po prostu rozdzierający serce. Natychmiast przywiązałam na tarasie psa, bez cienia wątpliwości wpakowałby go sobie do pyska. Po czym przerażona i bezradna,  świadoma bezsensowności  akcji, którą ptaszkowi nic nie pomogę podreptałam po aparat. Postałam przy nim chwilę, żeby się upewnić czy żyje. Na szczęście oddychał, ponura wizja zakopywania go w ziemi trochę się oddaliła. Ale przecież nie mogłam wiedzieć, czy nie ma złamanego skrzydła, albo jakichś obrażeń wewnętrznych.
          Rozpoczęłam serię konsultacji telefonicznych. Rad było tyle, ilu rozmówców. Najrozsądniejsza wydała się Czesia, która zabroniła dotykania ptaszka rękami. Polecała natomiast umieścić go gdzieś wyżej, aby nie miały do niego dostępu koty. Obeszłam wioskę w idiotycznej nadziei napotkania jakiegoś ornitologa, choćby amatora. Marzyłam, żeby się okazało, że w pobliżu istnieje azyl dla chorych ptaków, co rzecz jasna było tylko pobożnym życzeniem.

      Po powrocie zastałam ptaszka w tej samej pozycji, ale postanowiłam go na razie nigdzie nie przenosić. Mój pies nie znosi kotów, prawdopodobieństwo pojawienia się na podwórku kota było znikome. Zresztą koty potrafią się wspinać. Po pewnym czasie dzięciołek zmienił pozycję, podwinął skrzydła, schował dziób i zaczął miarowo poruszać łebkiem. Ta zmiana nastroiła mnie optymistycznie, zaczęłam wierzyć, że poradzi sobie sam. 

      Od tego momentu rasowy podglądacz przyrody czyhałby zapewne z aparatem, aby utrwalić poderwanie się ptaka do lotu. Niestety nie zrobiłam tego, a szkoda, byłaby to kwestia niewielu minut. Kiedy kolejny raz wróciłam na podwórko  nie zastałam już w trawie małego pechowca. Uradowana spojrzałam na pobliskie sosny i wypatrzyłam go na gałęzi!
      Aparat mam z obiektywem zbyt marnym do ptaszków, ale jak ktoś się uprze to go zobaczy.

      Niby dość banalna historyjka, a zdenerwowałam się przeokropnie. Mimo szczęśliwego zakończenia długo nie mogłam zasnąć. A jak w końcu nad ranem usnęłam włączyły mi się jakieś ponure majaki o tematyce ptasiej. Obcowanie z dziką przyrodą wymaga chwilami mocnych nerwów, na pewno mocniejszych niż moje...

       

      

       

      

       

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „przygoda”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 czerwca 2013 21:05

Tagi

Kanał informacyjny