klif on-line

Wpisy

  • środa, 27 kwietnia 2016
    • pisowska kindersztuba

       

            -  pokażemy Unii Europejskiej gdzie mamy jej rezolucję - powiedział niedawno z typowo pisowskim wdziękiem znany polityk tej partii, skądinąd genetyczny patriota, kwitując w ten sposób rezolucję Parlamentu Europejskiego w sprawie sytuacji w Polsce. wczoraj rzeczniczka PiS była uprzejma nazwać zgromadzenie sędziów Sądu Najwyższego  zebraniem zespołu kolesiów. minister spraw zagranicznych, totalne zaprzeczenie dyplomaty, nieodmiennie zaskakuje zachodnich polityków niespotykanym w kręgu cywilizowanych państw kompletnym brakiem kultury politycznej. generalnie efekt przejęcia władzy przez to specyficzne towarzystwo jest taki, że jak to ktoś zgrabnie ujął, w ciągu paru miesięcy staliśmy się wewnątrzunijną Białorusią.

            cytowałam już kiedyś wypowiedzi najbardziej złotoustych pisowców, którzy z oponentami politycznymi traktowanymi jak śmiertelni wrogowie potrafią komunikować się wyłącznie w sposób arogancki, agresywny, a często po prostu chamski i bezczelny. zresztą  nieważne czy pisałam, jaki jest koń każdy widzi. a jednak nie przestają zdumiewać zachowania poniżej wszelkiego poziomu prezentowane przez ludzi wykształconych, niekiedy wręcz z tytułami akademickimi. jak choćby prostackie filipiki słynnej pani dr nauk prawnych,  do niedawna  profesor Uniwersytetu Warszawskiego. niewątpliwie do historii przejdzie jej spożywanie posiłku na sali plenarnej, czy też nazwanie flagi unijnej jakąś szmatą. ktoś zauważył, że człowiek może mieć wyższe wykształcenie nie mając podstawowego. ta konstatacja pasuje jak ulał do wielu polityków PiS-u.

             prezes partii, kwiat żoliborskiej inteligencji, obraża oponentów wymyślając frazy coraz bardziej wyszukane. wyrafinowany bon mot o podłych elementach animalnych chyba najbardziej dotknął jego kota, a w dalszej kolejności pozostałe zwierzęta, które przecież lubi. myślę zresztą, że jego inwektywy raczej ludzi śmieszą niż dotykają. ale ostatnio, podczas obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej pan prezes zaprezentował zachowanie, że użyję jego ulubionego przymiotnika po prostu niebywałe. niezadowolony ze zbyt koncyliacyjnego wystąpienia głowy państwa nabzdyczył się okrutnie i nie patrząc w ogóle w stronę prezydenta całkiem od niechcenia, można powiedzieć z łaski, podał mu z ociąganiem rękę. trudno powiedzieć czy takie zachowanie bardziej świadczy o braku kindersztuby, czy emocjonalnej niedojrzałości pana prezesa, zapewne w grę wchodzą jednak obydwa czynniki.

              na początku kwietnia w wyniku choroby odszedł dość młody poseł tej partii. w ostatniej drodze towarzyszyły mu najważniejsze osoby w państwie: prezydent, premier, marszałek sejmu. pogrzeb był z udziałem wojskowej asysty honorowej. nie mam pojęcia jakie zasługi dla PiS miał pan poseł, dla kraju raczej niezbyt wielkie. mnie jego nazwisko kojarzy się z jedną tylko głośną wypowiedzią publiczną gdy w 2008 r. po wyborze Baracka Obamy sformułował pod jego adresem kilka inwektyw, które zwieńczył wiekopomną frazą, iż wybór ten oznacza koniec cywilizacji białego człowieka.  prasa amerykańska potraktowała głos naszego parlamentarzysty jako jedną z najbardziej rasistowskich reakcji Europy na wybór 44 prezydenta USA. dodam tylko, że pan poseł był doktorem nauk humanistycznych.  i tak sobie myślę, że po innych posłach tej partii, którzy nie potrafią powściągać swojej ekspresji oraz radości z wygłaszania fraz powszechnie uważanych za obelżywe w zbiorowej świadomości rodaków pozostanie równie niewiele. oczywiście nie dotyczy to pana prezesa. po nim pozostanie znacznie więcej. niestety.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „pisowska kindersztuba”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 27 kwietnia 2016 20:23
  • środa, 20 kwietnia 2016
    • pasą się pasą.....

           

             tak było w Poddąbiu w sobotę 

       

       

       

      Niebieska  patelnia

       

      Pasą się pasą

      barany wełniane

      chmury białe

      tak jak na patelni

      na niebieskiej łące

      owieczki niedzielne

      słońce zwiastujące

       

      Słońce słoneczko

      rozgrzane złociste

      chmury białe

      pasterz złotowłosy

      białą wełnę gładzi

      halą idzie bosy

      dokądś je prowadzi

       

      To na niebie ponad głowami

      płyną te baranki stadami

      niedziela wstaje rosą obmyta

      jak uczesana młoda kobita

       

      Połoniny modre

      kiedy w słońcu stoją

      ciepłe łąki dobre

      wielka chata moja

       

      Pasą się pasą

      barany wełniane

      owieczki białe

      pasą się pasą

      na halach niebieskich

      połoninach wiecznych

      hale hale płyną

      hale hale giną

                        /Wiesław Dymny/

       

      

       

       

       

      

      

       

       

       

       

       

       

       

       

       

              a  tutaj nie wiedzieć czemu prawdziwe barany. ale też ładne

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „pasą się pasą.....”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 20 kwietnia 2016 20:10
  • czwartek, 14 kwietnia 2016
    • karmnik i okolice

       

             gdy podnoszę głowę znad laptopa widzę za oknem karmnik, a kilka metrów za nim odgraniczające sąsiednią posesję tuje. laptop jest moim głównym oknem na świat. czasem słucham jeszcze radia, telewizji nie oglądam nigdy. ostatnio, dzięki "dobrej zmianie" coraz częściej w odruchu samoobrony podnoszę głowę i patrzę przez zwyczajne okno.

             w gałązkach tui drze się spora grupa bogatek. harmider czynią tym swoim ni to śpiewem ni to gwizdem okrutny. chociaż z nastaniem wiosny mogłyby się gdzieś pofatygować po pokarm oferowany przez matkę naturę, wolą siedzieć naprzeciw karmnika i drzeć ryje. właściwe moja to wina, bo tak je od późnego lata przyzwyczaiłam. wyobrażam sobie ich święte oburzenie i bluzgi pod moim adresem jak mnie tu tydzień nie było.

             - no już, szybciej, dajesz ten słonecznik wreszcie?! - wrzeszczą do mnie

             wsypuję ziarenka do karmnika. bogatki niecierpliwie przebierają nóżkami w dołkach startowych. już o nich kiedyś pisałam. są zdyscyplinowane, każda z nich zatrzymuje się w karmniku tylko parę sekund.

             po chwili radość sikorek niweczy spora gruba sójka, która nadlatuje od strony wysokich sosen. nie bez trudu pakuje się do karmnika , chwilę się rozgląda po czym przystępuje do dłuższej konsumpcji. następnie wchodzi na daszek, spaceruje po nim, a potem wlatuje do karmnika po raz drugi

            bogatki drą się wniebogłosy:

            - chamstwo! bezczelność! to nasz karmnik, nasz słonecznik!

             gruba sójka metodycznie wyżera ziarenko po ziarenku. znad laptopa mogę nawet policzyć ile ich zjada. nie mogę się jednak poruszyć, ani tym bardziej zrobić zdjęcia. moi goście są niesamowicie płochliwi.

            po chwili od strony wysokich sosen przybywa kolejna gruba sójka. poprzedniczka niechętnie odlatuje. nowa najpierw wciska się do karmnika, potem wykonuje podobne ewolucje na dachu. też gramoli się jeszcze raz do środka i żre z apetytem.

           - podłość! skandal! bezprawie! - jak długo mamy jeszcze czekać?!- bogatkom najwyraźniej puszczają nerwy

          gdy kończy się słonecznik idę dosypać kolejną porcję. bogatki znów przebierają nóżkami

          a po chwili...myślicie pewnie, że nadlatuje kolejna gruba sójka. a właśnie że nie. przychodzi taki moment, że sójki znikają. pewnie udają się na poszukiwanie bardziej treściwego pokarmu, nie samymi pestkami sójka żyje. 

          bogatki nie wierzą własnym oczom: poszły, naprawdę poszły te złodziejki! nareszcie!

            - teraz kurwa my!* - cieszą się wygłodzone bogatki

      -----------------------------------------------------------------------

      * bogatki z natury nie są wulgarne. one tylko cytują pana prezesa Kaczyńskiego

      ------------------------------------------------------------------------

      sójka to jedyny kolorowy ptak z rodziny krukowatych.

      W Polsce rozpowszechniony w całym kraju, średnio liczny ptak lęgowy  W górach spotykana do wysokości 1400 m n.p.m. W kraju najczęściej widywana w grądach i borach z domieszką drzew liściastych, a najrzadziej w górskich lasach regla górnego i rozległych monokulturowych borach.. Polskie populacje są w większości osiadłe, ale przez kraj przelatują sójki z krajów, gdzie warunki zmuszają je do migracji. Obce osobniki z północnej i wschodniej Europy pojawiają się od marca do kwietnia i jesienią od września do października. Szczególnie dużo pojawia się ich na Wybrzeżu, choć dolatują też do innych regionów kraju. W niektórych latach przeloty są tak liczne, że mają charakter inwazji. W minionych dekadach notowano stada złożone nawet z tysiąca sójek

      (z Wikipedii)

      --------------------------------------------------------------------------

      pierwszy człon z gatunkowej nazwy sójki Garrulus glandarius znaczy po łacinie gadatliwy, a drugi - rodzący żołędzie. znana jest z tego, że często wrzeszczy w lesie. ostrzega w ten sposób inne ptaki przed zbliżającymi się drapieżnikami, np. kuną albo jastrzębiem. doskonale naśladuje głosy innych ptaków. dlatego w starożytnej Grecji trzymano w domu młode sójki. uczono je naśladowania innych głosów, w tym również mowy ludzkiej.

      sójka kocha żołędzie. trzymając owoce w swoim wolu lub pod językiem potrafi transportować je nawet na odległość kilku kilometrów. swoje zdobycze ukrywa w licznych spiżarniach, potem bez problemu te skrytki odnajduje, ale z reguły nie jest w stanie zjeść wszystkiego. strategia sójek gromadzenia i przenoszenia owoców dębu, buku i leszczyny, zapewnia jednocześnie naturalną możliwość  rozsiewania i roznoszenia  nasion tych drzew nawet na znaczne odległości. dlatego bywa nazywana siewcą lasu.

      Pióra lusterek na skrzydłach sójki nie są wcale błękitne; w rzeczywistości kolor bierze się stąd, że wiązka światła rozszczepia się w specjalnej strukturze pióra i odbite zostaje widmo niebieskie.

       

       

           najpiękniejsze zdjęcie sójki jakie znalazłam. te moje są zdecydowanie grubsze  i chyba większe

           

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „karmnik i okolice”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 kwietnia 2016 21:31
  • czwartek, 07 kwietnia 2016
    • koniec świata

       

             zakupów nie znosiłam od zawsze. za komuny wiadomo, kupienie czegokolwiek w miarę sensownego wymagało niezwykłej determinacji. jednak nawet kiedy w latach 90-tych pojawiły się u nas wielkopowierzchniowe świątynie konsumpcji mój stosunek do zakupów nie uległ zmianie. nie pojmuję jakim cudem weekendowe wielogodzinne brodzenie między regałami pełnymi jadła, albo różnych  wątpliwej przydatności gadżetów, stało się ulubioną formą spędzania wolnego czasu wielu polskich rodzin. dla mnie wszystkie te gigantyczne sklepy są miejscami jak ze złego snu. dlatego gdy dotarły do nas sklepy internetowe poczułam, że mój pociąg wreszcie podjechał. nic to, że mieszkałam w Warszawie. nic to, że po drugiej stronie ulicy wyrosło mi spore centrum handlowe. nic to, że po to i owo rozsądniej było pofatygować się do sklepu osobiście. rozsądek niestety nie był nigdy moją mocną stroną. dlatego prawie wszystko co się dało zaczęłam kupować przez internet. masowo, nałogowo i seryjnie, jak seryjny morderca - podsumował kiedyś moją działalność na tej niwie mąż. i chociaż dość długo taka forma zakupów uchodziła za ryzykowną, nigdy w ciągu kilkunastu lat nikt mnie w żaden sposób nie oszukał. po prostu pełna sielanka.

             właściwie dopiero gdy przyjechałam do Poddąbia zakupy na odległość stały się racjonalne i uzasadnione. na początku, gdy kurierzy ociągali się z dostarczeniem przesyłki do domu i pytali, czy nie mogłabym jej odebrać w Ustce, albo chociaż w Machowinku, starałam się w miarę możliwości wyjść, a dosłownie wyjechać im naprzeciw. no bo kurierzy są zawsze spóźnieni, pędzą jak szaleńcy, a Poddąbie leży mocno na uboczu i wydaje się, że nawet niezły napiwek nie rekompensuje im czasu dojazdu. w końcu się zbuntowałam i twardo odpowiadałam, że czekam na przesyłkę pod podanym adresem dostawy. kurierzy zrozumieli, że ktoś mnie nauczył rozumu (konkretnie zrobił to najbliższy sąsiad) i odtąd pewnie bez przyjemności, ale i bez zbędnych pytań podjeżdżają pod dom. i tak się to kręci.

             niedawno kupiłam spory objętościowo sprzęt domowy w sklepie internetowym usytuowanym w realu na dalekim południu Polski. banalna transakcja była tylko pod jednym względem nietypowa: firma nie korzystała z usług kurierów, lecz rozwoziła zakupy do klientów własnymi samochodami.

            zmierzchało już, gdy pod bramę podjechała spora ciężarówka. z szoferki wynurzył się zażywny pan w średnim wieku.

            - toż to koniec świata, normalnie koniec świata - zakrzyknął patrząc na mnie jak na rzadki okaz zwierzęcia, które zamieszkuje skrajnie nietypowe siedlisko. - jak zjechałem z normalnej drogi i zaczął się las i nic tylko ten las po obu stronach, to się w pewnym momencie przestraszyłem, że on się nigdy nie skończy, że to jest naprawdę koniec świata.

             - ale jednak się skończył, chociaż niezupełnie, bo w dalszym ciągu jesteśmy w lesie - usiłowałam się do niego uśmiechnąć

             - to sobie znalazła pani miejsce do życia! przez grzeczność nie powiem jak się takie miejsce nazywa

             - ma pan na myśli zadupie?

             - to pani powiedziała nie ja - rzekł w sumie zadowolony, że jednak to słowo padło

              z satysfakcją potwierdzającą jego najgorsze przypuszczenia przyjął do wiadomości, że sklep działa tu tylko w lecie, a o żadnej aptece ani kiosku nie ma mowy. jednak gdy przystąpił do wypakowywania  przesyłki coś go najwyraźniej zainteresowało

            - a co to tak huczy? -zapytał zaintrygowany

            - morze - odpowiedziałam zgodnie ze stanem faktycznym

            - morze? to tu jest morze?! - wydawał się niezmiernie zaskoczony

             - tak, jakieś dwieście metrów stąd, tą ścieżką

             spojrzał na zegarek i zawahał się - spóźniony jestem, ale już z nie pamiętam kiedy widziałem morze

             - to proszę pójść popatrzeć, to naprawdę tuż tuż - zachęciłam go

             wrócił po mniej więcej kwadransie jakiś odmieniony

             - nie byłem pewny czy pani sobie czasem nie żartuje ze mnie. ale nie, tam naprawdę jest morze. piękny żywioł, sztorm, ciekawe ile stopni...

             napiwek poprawił mu humor jeszcze bardziej - cofam wszystko co powiedziałem, pani mieszka w raju - rzucił na pożegnanie

      ------------------------------------------------------------------------

              jednak bez przesady z tym rajem. nie da się przecież ukryć, że mieszkanie na, nie bójmy się tego słowa, zadupiu ma też sporo minusów. tyle że bilans, przynajmniej dla mnie jest zdecydowanie pozytywny.

             przypomniała mi się fotka, którą dostałam kiedyś od Czesławki, zapewne jej autorstwa

       

      i tego się trzymajmy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „koniec świata”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 kwietnia 2016 19:43

Tagi

Kanał informacyjny