klif on-line

Wpisy

  • poniedziałek, 16 kwietnia 2012
    • tajemnica klifu

      klif w Poddąbiu ma swoją mroczną tajemnicę, najprawdopodobniej pokłosie II wojny światowej. około 100 metrów na wschód od tabliczki oznaczającej 226 kilometr polskiej granicy morskiej znajduje się stara mogiła z próchniejącym krzyżem. starsi mieszkańcy pobliskiego Wytowna utrzymują, że został tam pochowany w 1945 roku żołnierz Armii Czerwonej. inną wersję prezentują dwaj panowie z Niemiec. pierwszy z nich utrzymuje, że pod koniec wojny rozbił się w tych okolicach niemiecki samolot. zebrał on informacje od naocznych świadków zestrzelenia maszyny w kwietniu lub maju 1945 roku i według tej wersji w mogile pochowano dwóch niemieckich lotników. inny badacz niemiecki uważa, że w tajemniczej mogile mogły zostać złożone szczątki rozbitków z "Gustloffa” lub "Steubena”,  statków zatopionych w tym rejonie Bałtyku. grób znajduje się już niespełna 10 metrów od krawędzi klifu, grozi mu zatem osunięcie się na plażę. ze względu na to zagrożenie w ubiegłym roku zorganizowana została ekshumacja. w grobie niczego jednak oprócz cegieł nie
      znaleziono. może to oznaczać, że dawno temu odbyła się tu już bardzo kameralna ekshumacja, albo też w związku z systematycznym przesuwaniem się klifu, zawartość grobu mogła ulec przemieszczeniu. z pewnością wokół tego tajemniczego miejsca będą trwały dalsze prace, tyle że coraz mniej prawdopodobne wydaje się udokumentowanie którejkolwiek z dotychczasowych hipotez.

       

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „tajemnica klifu”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 kwietnia 2012 13:00
  • czwartek, 12 kwietnia 2012
  • środa, 11 kwietnia 2012
    • nasze jeże

      świąteczni goście stopniowo opuszczają Poddąbie, Cliff na szczęście trochę cichnie. człowiek przy okazji staje się minimalistą: jak już tylko dwa razy obudziła w nocy to nie jest źle. ale czemużby nie pokablować dalej na wlasnego pieska, częściowo zresztą na siebie, sama sporo w tej historii zawinilam.

      afera wydarzyła się niecałe dwa lata temu, we wrześniu, w ośrodku "Korsarz", do którego wówczas przyjeżdżałysmy wiosną i jesienią. pod naszym domkiem, w sumie niewiele lepszym niż peerelowskie domki campingowe Cliff, wtedy jeszcze Szczuria, wyczuła jakiegoś lokatora. w rezultacie zaczęła mnóstwo czasu spędzać pod domkiem, co nie podobało mi się przesadnie. probowałam więc ją uwiązywać na dworze i wyprowadzać na smyczy. nie takie to jednak proste z niesfornym zwierzakiem: często się sama odwiązywała, albo wymykała sprytnie z domku i powracała do gnębienia tajemniczego sasiada. pewnego dnia z dzikim wrzaskiem wyczołgała się spod domku trzymając w pysku jakieś stworzenie, jak się okazało, malego jeża. udało mi się go od niej przejąć i nie zastanawiając się wiele postanowiłam wynieść go w bezpieczne miejsce do lasu. potem historia powtórzyła się i znów wyniosłam zwierzątko dokładnie w to samo miejsce co poprzednie. następnego dnia miałam kolejnego jeża do wyekspediowania. robiło się już ciemno gdy wypakowałam go z koszyka z przydziałowym jabłkiem na drogę. dopiero potem przeczytałam, że to jakiś mit powielany na obrazkach w książkach dla dzieci, w rzeczywistości jeże jabłek nie jedzą. zbierałam się do odejścia, gdy usłyszałam dziwny, bardzo charakterystyczny dźwięk. chwilę potem przybiegł mały jeż i przytulił się mocno do tego świeżo przeze mnie eksmitowanego. to była bardzo wzruszająca scenka, dla mnie w sumie silne przeżycie egzystencjalne. nie liczyłam na to, że zobaczę na własne oczy tak ciepłe powitanie rodzeństwa. zrobiłam im jeszcze zdjęcie, na którym ledwo widać przytulone dwie kulki i udałam się mocno poruszona w powrotną drogę. czytałam, że jeże są samotnikami i zawsze żyją pojedynczo, widać z wiekiem tracą ten instynkt rodzinny. po kolejnych paru dniach okazało się, że pod domkiem są jeszcze trzy małe jeże, a na końcu pojawiła się matka. byłam przekonana, że te jeże są sierotami, jej obecność bardzo mnie zaskoczyła. zastanawiałam się dlaczego nie wypłoszyła jakoś psa spod domku i pozwalała mu wyciągać dzieci. w międzyczasie napisałam maila do Adama Wajraka z prośbą o radę. pan Adam odpisał, żeby już tych jeży nie przemieszczać, że jeż powinien sobie poradzić z psem. nie było to wszystko proste, ale jakoś nie doszło szczęśliwie do morderstwa, chociaż pewnie rodzina jeży przeżyła przez nas sporo stresu. niepotrzebnie rozdzieliłam rodzeństwo i dzieci z matką, do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. sporo czytałam potem o jeżach i w świetle tych lektur raczej nie udało im się przezimować. jeżeli jeż do zapadnięcia w sen zimowy nie osiąga wagi jednego kilograma podobno nie ma szans obudzić się na wiosnę i takie straty w populacji są częste. dotyczą późnych letnich miotów, a dodatkowym czynnikiem ryzyka są mroźne zimy. niestety zima 2010/11 była ostra, ten miot był dość późny. chyba żadna z dwóch drużyn nie miała za dużych szans na przeżycie...ale może to tylko teoria, może udało im się przybrać jeszcze na wadze, może się głęboko i wyjątkowo ciepło spakowały na zimę...może. na pewno nie należy jednak osobiście majstrować w przyrodzie jak się człowiek nie zna i działa na ślepo. mam nauczkę, a jednocześnie bardzo bym nie chciała, żeby w zasięgu mordki Cliff pojawiły się jeszcze kiedykolwiek jakieś jeże. pies z instynktem myśliwskim to w sumie skaranie boskie.

       

      

       

      

       

      

       

      

       

      

      

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „nasze jeże”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 11 kwietnia 2012 12:06
  • wtorek, 10 kwietnia 2012
    • ratunku!

      w Poddąbiu mieszkam bez żadnego antraktu od 16 października ubiegłego roku. od tego czasu było tu bardzo kameralnie, liczba weekendowych gości nigdy nie przekroczyła pojemności kilku aut na parkingu i kilkunastu pod domkami. dopiero dość chłodna wprawdzie, ale bardzo słoneczna Wielkanoc ściągnęła tutaj więcej osób. nasz dom usytuowany jest przy "czerwonym" szlaku turystycznym Ustka-Rowy, który poza sezonem rzadko bywa przemierzany. tradycja wielkanocnych spacerów musi być jednak bardzo silna, bo nagle pusty szlak ożył i z niewielkimi przerwami zrobiło się na nim jak na warunki pustej osady całkiem ruchliwie: pojawiły się świątecznie odziane rodziny z dziećmi, wesoła młodzież nawykła do głośnej ekspresji, rozbrykane psy. w tych niecodziennych warunkach Cliff niestety oszalała.  psina od początku jest przeświadczona, że Poddąbie, a co najmniej ulica Plażowa należy do nas i każdy samochód czy przechodzień wywoływał jej gwałtowną reakcję. teraz się okazało, że i szlak turystyczny wydaje jej się naszym prywatnym terytorium. tak więc mamy za sobą dwa dni intensywnego psiego komentowania wszelkich przejawów życia wokół nas. co gorsze, również dwie noce. nie mam pojęcia, czy modne są nocne spacery po lesie, czy zwierzęta leśne tak ożywiła tegoroczna Wielkanoc, że zaczęły masowo podchodzić pod nasz dom? a może to były nocne psów rozmowy? fakty są takie, że córka całą noc wypuszczała tę hałaśliwą bestię na podwórko, a nad ranem robiła to już chyba przez sen. biorąc pod uwagę, że od teraz ruch w Poddąbiu może już przez najbliższe miesiące tylko wzrastać i innej możliwości nie ma powstaje waźkie pytanie jak żyć. dodam, że szczekanie a właściwie ujadanie jamnika jest wyjątkowo uciążliwe, chyba wszystkie zresztą słodkie maleństwa produkują totalnie nieznośne dla człowieka dźwięki. czuję, że będzie to problem nie tylko dla mnie. na razie, zanim życie zweryfikuje moje jak najgorsze obawy co do zbliżającego się sezonu pojechałabym chętnie gdzieś do wód podleczyć skołatane tym wielkanocnym psim szaleństwem nerwy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ratunku!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 kwietnia 2012 10:40
  • czwartek, 05 kwietnia 2012

Tagi

Kanał informacyjny