klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 26 marca 2017
    • jak fotografowałam wrony

       

             planowałam upiec sernik, ale się rozmyśliłam, bo za dużo jem w tej Warszawie. umawiam się z koleżankami niby na kawę, po czym solidarnie zamawiamy do niej monstrualne ciastka. to po co jeszcze sernik w domu. pozostał jedynie problem zagospodarowania kupionego wcześniej twarogu. mąż nie lubi, ja też niespecjalnie, a już na pewno nie w takich ilościach. i wtedy przyszły mi do głowy wrony, których na naszym osiedlu nie brakuje. pokroiłam ser w kostkę, przełożyłam do torby i po drodze na zakupy wysypałam na trawę. natychmiast pojawiły się dwie dorodne wrony, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że bajki nie kłamią i rzeczywiście jest to wroni przysmak. zrobiło mi się żal, że nie mam przy sobie aparatu. wrony w ogóle nie zwracały na mnie uwagi, chociaż stałam bardzo blisko. po chwili przyfrunęły kolejne. 

             nie mogłam sobie darować zmarnowania takiej okazji. zamiast dać im ten ser za friko mogłam sobie przecież popstrykać. gdy po kilkunastu minutach wracałam do domu, po serze, a także wronach nie było już śladu. byłam coraz bardziej na siebie wściekła. oczami wyobraźni widziałam dziesiątki fantastycznych ujęć wron opychających się serem zrobionych z bliskiej odległości...i nagle olśniło mnie: skoro one natychmiast przylatują na widok sera, to przecież mogę wziąć aparat, kupić w najbliższym sklepie kawałek twarogu i bez problemu nadrobić zmarnowaną szansę.

             najbliższy sklep, to autentyczny relikt epoki słusznie minionej. trwa w tym miejscu od kiedy pamiętam. kiedyś ekspedientki nudziły się w nim, bo niczego nie było. teraz, mimo że jest doskonale zaopatrzony, też się na ogół nudzą. ceny mają tu bowiem zaporowe, a w porównaniu z nieodległymi marketami wręcz niebotyczne. w okolicach kasy sterczą więc trzy, albo i cztery panie  umilając sobie czas rozmową. dopiero jak ktoś podchodzi do obsługiwanych przez nie działów, niespiesznie kierują się na swoje stanowiska. ja robiłam drobne zakupy w części samoobsługowej, toteż panie mogły sobie dalej spokojnie pytlować przy kasie. 

             ser okazał się zapakowany w wyjątkowo grubą folię. spytałam kasjerkę, czy nie mogłaby mi jej przeciąć. trochę była zdziwiona więc wyjaśniłam, komu zamierzam ten ser rozsypać. gdy mocowała się z folią tępym nożykiem, jej koleżanki patrzyły na mnie ze specyficzną uwagą, jaką obdarza się zwykle osobę niespełna rozumu.

             chwilę później pokroiłam ser patykiem i wysypałam na placyku.  zamiast oczekiwanych wron pojawił się obok mnie starszy pan z niemłodym pieskiem rasy mieszanej.

            - kocha pani ptaszki, to pięknie. niech pani jeszcze kurtkę rozepnie i da im swoje serce do wydziobania - zaśmiał się złowieszczo.

            jego towarzystwo było mi kompletnie nie na rękę. staliśmy blisko wysypanego sera. fakt, że wrony nie nadlatywały łączyłam z naszą zbyt nachalną obecnością. próbowałam trochę się oddalić, licząc na to, że pan z pieskiem oddali się w swoją stronę. niestety pan miał zupełnie inne plany: nie wiedzieć czemu postanowił opowiedzieć mi szczegółowo o swojej aktywności zawodowej w peerelu. opowieść zdawała się nie mieć końca. a tymczasem nadleciały wrony. sięgnęłam do torby po aparat. fotografowanie wydaje mi się czynnością dość intymną, zdecydowanie nie lubię, jak mi ktoś patrzy na ręce, albo nie daj Boże komentuje.

             - a po co pani zdjęcia tych krzykaczy? - zaoponował pan rozmowny. - lepiej by pani zdjęcia wiewiórkom zrobiła, już pięć od wczoraj w tym miejscu widziałem - zasugerował i niezrażony moją zbolałą miną powrócił do swojej neverending story. zapragnęłam niezwłocznie się od niego uwolnić. po lodowatym pożegnaniu zrobiłam małe kółeczko między blokami. gdy pan się oddalił wróciłam na miejsce, w którym nie było już ani wron ani sera.

             postanowiłam nie dać za wygraną i wróciłam do sklepu po kolejny kawałek sera. panie na mój widok wymieniły porozumiewawcze uśmiechy.

            - pewnie pani sera zabrakło - kasjerka miała kłopot z utrzymaniem powagi, gdyż jej koleżanki zgodnie chichotały. bez słowa położyłam  przed nią dwie kostki wyjęte z lodówki.

            - otworzę pani - zaproponowała wspaniałomyślnie - znalazłam lepszy nóż.

            - dziękuję, bardzo pani uprzejma. ale tylko jedną, drugą zabiorę do domu - wydukałam zażenowana, jak na osobę będącą obiektem kpin przystało.

              tym razem placyk był szczęśliwie pusty. pokroiłam ser, rozłożyłam pod dorodnym dębem. ale wrony jakoś nie nadlatywały. postanowiłam na nie poczekać.

            - dobrze się pani czuje? - usłyszałam po chwili. za mną stała uśmiechnięta staruszeczka, taka w okolicach dziewięćdziesiątki, a kto wie, może nawet setki.

            - a czemu pani pyta?

            - no bo tak stoi pani, torba obok na ziemi, pomyślałam że się może pani słabo zrobiło. 

             mocno starsza pani, zdecydowanie sympatyczna, dzierżyła w obu dłoniach pełne siatki. zaproponowałam, że pomogę jej zanieść te zakupy do domu. bez zbędnych ceregieli podała mi obie torby. na szczęście nie były zbyt ciężkie, a pani nie mieszkała daleko. na pożegnanie zaproponowała kompocik. weszłam do pokoju jak z kart dziewiętnastowiecznej powieści. wypiłam kompocik, chwilkę porozmawiałam i wróciłam do moich wron. oczywiście znowu ich nie było, sera takoż.

             wściekła wyjęłam z torby ostatnią kostkę. rozerwałam folię kluczem, kalecząc się przy tym w palec. pokroiłam patykiem ser. i znowu wron ani śladu. za to przylazł tłusty gołąb, którego brutalnie przepędziłam. a potem sroka. postanowiłam zrobić jej zdjęcie, sięgnęłam po aparat.

             - a co pani tak stoi na tym wietrze w takiej cienkiej kurteczce, przeziębi się pani - rzuciła pod moim adresem puszysta blondyna w nieokreślonym wieku.

             byłam jej wdzięczna, że poprzestała na pouczeniu bez zatrzymywania się, bo kolejnej konwersacji już bym nie wytrzymała nerwowo. miała zresztą rację: słońce zaszło, wiał silny wiatr i rzeczywiście byłam nieodpowiednio ubrana. a do tego chyba wrony poszły już spać. albo udały się gdzie indziej w swoich wronich interesach. potraktowałam więc uwagę pani puszystej jako głos rozsądku i ostatecznie skapitulowałam.

              i tak sobie myślę, że fotografem miejskim, to ja już raczej nie będę. w każdym razie na pewno nie w tym życiu.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „jak fotografowałam wrony”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 marca 2017 18:13
  • wtorek, 21 marca 2017
    • jednak wiosna, niestety

            

             nie podzielam ogólnonarodowej radości z powodu nadejścia wiosny. lubię tylko wiosenne kwiaty i świeżą zieleń. cała reszta łącznie z wiosennym słońcem odpada. a najgorsze jest to, że potem przychodzi lato, którego nie lubię jeszcze bardziej. w lecie pasują mi tylko owoce, szczególnie te z sadu Czesi. nie mogę się doczekać jesieni i długich zimowych wieczorów w Poddąbiu. zimę w Warszawie właściwie zmarnowałam. miasto kompletnie nie sprzyja mojemu ulubionemu czytaniu, doba wydaje się znacznie krótsza niż na wsi.  czy ktoś mógłby mnie w tej niewesołej sytuacji pocieszyć?

      

      

       

      

      

       

       

       

       

      

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      ps. powinnam odszczekać pod stołem kwestię warszawskich przebiśniegów. po tych skromnych, pionierskich, nastąpił ich ogromny wysyp. szczerze mówiąc nigdy nie widziałam w okolicach Poddąbia tak wiele przebiśniegów, jak w tym roku obserwuję w Warszawie. wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak...

       


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „jednak wiosna, niestety”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 20:03
  • piątek, 17 marca 2017
    • blogowe audiotele

       

             minister Szyszko bawił w Sieradzu, gdzie spotkał się z lokalnymi samorządowcami. dziennikarka Polsat News zadała mu następujące pytanie:

            - panie ministrze, czy czuje się pan odpowiedzialny za wszystkie nadużycia w wycince drzew, te wszystkie nielegalne wycięcia po zmianie prawa?

      minister odpowiedział tak:

            - pani redaktor, coś mi się wydaje, że pytanie nie jest związane z tematyką mojego przyjazdu. ale rozumiE ( oryginalna wymowa pana ministra) prawa dziennikarskie, tylko chciałem się spytać: skąd pani ma takie wiadomości? co pani czyta i co pani ogląda? bo gdyby pani oglądała to co ja czytam i to co oglądam...

            - a co pan czyta i ogląda? - zapytała dziennikarka

            - proszę bardzo: Telewizję Trwam, Radio Maryja, Nasz Dziennik, Gazetę Polską. i tam nie ma tego rodzaju informacji, o które się pani pyta. w związku z tym pierwsze pytanie: skąd pani ma takie wiadomości?

           -  z Komisji Europejskiej

           -  z Komisji Europejskiej?  to proszę się spytać Komisji Europejskiej, a nie mnie

       

      http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/szyszko-zdziwiony-pytaniem-o-drzewa,723888.html

      ------------------------------------------------------------------------

      proszę odpowiedzieć na pytanie:

      a) czy minister Szyszko rżnie głupa?

      b) czy minister Szyszko jest szczery, bo taka jego mentalna uroda?

      c) czy minister Szyszko jest po prostu idiotą?

      d) odpowiedzi a-c nie wykluczają się nawzajem. każda z nich jest prawdziwa

       

      -------------------------------------------------------------------------

              ps. szacuje się, że od 1 stycznia tego roku wycięto w Polsce blisko dwa miliony drzew. uczeni obliczyli, że powrót do stanu sprzed tej daty będzie możliwy za około 100 lat

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „blogowe audiotele”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      piątek, 17 marca 2017 17:59
  • środa, 15 marca 2017
    • no i stało się...

       

       

             odszedł ktoś ważny i bliski. poważnie chorował, więc można się było tej wiadomości spodziewać, ale i tak mocno zabolała. to banał, albo może raczej banalna prawda: nie da się do niczyjej śmierci przygotować. zwłaszcza jeśli się kogoś bardzo lubiło i ceniło.

            jak czytam, że był tekściarzem szlag mnie trafia. był przecież poetą. bardzo utalentowanym poetą. wybitnym tłumaczem. przenikliwym obserwatorem i komentatorem naszych obyczajów, codzienności i mentalności, bardziej przenikliwym niż większość socjologów czy antropologów kulturo wych. miał przy tym niewyobrażalne, niepodrabialne, finezyjne poczucie humoru. a do tego językowy słuch absolutny. gatunek piosenki, który stworzył nazwany został felietonem śpiewanym.

             podobno cmentarze pełne są ludzi niezastąpionych. ale Wojciech Młynarski naprawdę taki był. nikt już z podobną maestrią i równie inteligentnym humorem nie spuentuje naszej rzeczywistości. żegnam go z ogromnym żalem.

       

      Dopóki zwykłe, proste słowa
      nie wynaturzą się żałośnie,
      póki pokrętna nowomowa
      zakalcem w ustach nam nie rośnie,
      dopóki prawdę nazywamy,
      nieustępliwie ćwicząc wargi
      w mowie Miłosza, mowie Skargi,
      przetrwamy...

      Dopóki chętnych na cokoły
      nie ma zbyt wielu kandydatów,
      dopóki siada sie do stołu,
      by łamać chleb - nie postulaty,
      dopóki z sobą rozmawiamy
      z szacunkiem, ciepło, szczerze, miło
      a nie z bezmyślną, tępą siłą,
      przetrwamy...

      Uwierzmy, szarzy i zmęczeni,
      że ten nasz trud nie wszystek minie,
      a gdy moc naszą dostrzeżemy
      tu - w naszym domu i rodzinie,
      dopóki obrus rozściełamy,
      choćby i było na nim biednie -
      tu dni świąteczne i powszednie
      przetrwamy...

      A kiedy każdy z nas uwierzy
      jak wielka siła za nim stoi,
      nagle, pewnego dnia dostrzeże,
      że mniej się boi, mniej się boi...
      Ten swojski strach to kawal drania,
      lecz nim go całkiem pogonimy,
      sobie życzymy, wam życzymy -
      przetrwania....

      

       

       

       

      

        

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „no i stało się...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 15 marca 2017 23:55
  • piątek, 10 marca 2017
    • spacer przedwiosenny

       

      dzień kompletnie bury, to i zdjęcia kompletnie bure niestety

      

      

       

      chyba jedyna taka palma na świecie. miała stać rok, ale ludzie ją pokochali i została na zawsze. miał być cały szpaler, dobrze że skończyło się na jednej

       

      

       

       

      jedyne żywe drzewo rosnące na Nowym Świecie

       

       

       

      pięknie odnowiona brama główna uniwersytetu

       

       

      ul. Traugutta - rowery miejskie w pełnej gotowości. tyle że dzień chłodny, więc zainteresowanie niewielkie 

       

       

       

      przygotowania do 83 miesięcznicy. chociaż ma się rozpocząć dopiero za kilka godzin, policja i straż miejska już czuwają 

       

       

       

      a gdzie drabinka prezesa? oby tylko nie zapomnieli, bo po wczorajszej kompromitacji w Brukseli prezes jakby się skurczył

       

       

       

      solidarni obywatele sposobią się do zagłuszania

      

       

       

      na koniec  - Kaczorek do Tworek  i inne antyreżimowe konstatacje. czyżby zima wasza wiosna nasza? niestety raczej nie, ale pomarzyć sobie można...

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „spacer przedwiosenny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      piątek, 10 marca 2017 23:59

Tagi

Kanał informacyjny