klif on-line

Wpisy

  • środa, 31 grudnia 2014
  • wtorek, 23 grudnia 2014
  • środa, 17 grudnia 2014
    • dociekliwa Joanna S. dokończenie

             zamiast rozwodzić się dalej nad niebywale skomplikowaną i absolutnie niepowtarzalną osobowością pani Joanny, przejdę od razu do tytułowej dociekliwości. artystka bowiem, chcąc lepiej zrozumieć  siebie, postanowiła zbadać na własną rękę historię rodziny. przeczucie mówiło jej, że klucza do własnej osobowości szukać należy przede wszystkich wśród przodków ze strony matki i od tej gałęzi rodziny rozpoczęła swoje, nie waham się użyć tego słowa, śledztwo.

             O tym, że pani Joanna Szczepkowska jest wnuczką pisarza Jana Parandowskiego nie muszę chyba nikomu przypominać. o tym zaś, że Jan Parandowski wielkim pisarzem był również wszyscy wiemy. z książki dowiedzieć się można, że jest też jednym z najczęściej wydawanych polskich pisarzy, a za "Dysk olimpijski" był nawet nominowany do Nagrody Nobla.

             Pani Joanna na początek wraca do ukochanej książki swego dzieciństwa, "Zegara słonecznego" (oczywiście Jana Parandowskiego) i zastanawia się, dlaczego dziadek, wspominając dzieciństwo we Lwowie, w ogóle nie pisze nic o swoim ojcu. z nieprzetłumaczonej na polski amerykańskiej biografii JP  dowiaduje się, że ojciec dziadka również nazywał się Jan Parandowski, matką natomiast była Julia Parandowska z domu...Parandowska. czuje, że trochę za dużo tych zbieżności, a stanowczo za mało faktów. w aktach zgonu dziadka, babci i matki napotyka z kolei na dziwne rozbieżności dotyczące nazwiska babci. przy pomocy archiwum zabużańskiego, internetu i korespondencji z nieznaną wcześniej kuzynką, cierpliwie układa na nowo historię swoich przodków. niespodziewanie w sukurs przychodzi jej pani dr Grażyna Pawlak z Instytutu Badań Literackich. ona także spostrzegła niekonsekwencje i luki w skąpych wynurzeniach JP na temat swego lwowskiego dzieciństwa i młodości. pani dr Pawlak z listami polecającymi dociera do Ksiąg Carskich, najstarszych dokumentów we Lwowie i właściwie to ona jest autorką największych rewelacji. wnuczka pisarza udaje się jej tropem, potwierdzając wyniki śledztwa wnikliwej badaczki.

             mówiąc w największym skrócie okazało się, że Jan Parandowski był nieślubnym dzieckiem Julii Parandowskiej i księdza katolickiego obrządku bizantyjsko-ukraińskiego, doktora teologii, profesora Uniwersytetu Lwowskiego, Jana Bartoszewskiego. adres urodzenia również był inny niż we wspomnieniach pisarza. w rzeczywistości  JP przyszedł na świat w przytułku Fundacji św.Łazarza, która to fundacja zajmowała się "niesieniem pomocy ubogim i osobom w trudnej sytuacji, w duchu etyki chrześcijańskiej".

             z dalszych ustaleń wynika, że najprawdopodobniej mieszkali razem z ojcem i babcią w kamienicy, którą matka Jana Bartoszewskiego kupiła Julii Parandowskiej, co w kontekście urodzin JP w przytułku wydaje się nieco dziwne.  Jan Bartoszewski wykładał tylko po ukraińsku i najprawdopodobniej w ogóle nie znał języka polskiego. w 1918 roku, na znak protestu przeciw polonizacji uczelni opuścił Uniwersytet Lwowski.

             - to jak oni żyli, Julcia Paradowska z Mościsk (pracowała tam w sklepie z kapeluszami), z całą pewnością Polka i ten krew z krwi Ukrainiec? - zastanawia się wnuczka pisarza. rzeczywiście mocno to wszystko skomplikowane. z dokumentów wynika także, że Jan Parandowski zataił swoje pierwsze małżeństwo z 14 lat od niego starszą hrabianką Aurelią Wyleżyńską, pisarką i badaczką literatury, która prawdopodobnie pomagała mu  w początkowym okresie jego  kariery. ostatnią z najbardziej istotnych tajemnic pisarza jest żydowskie pochodzenie jego drugiej żony, Ireny. niewątpliwie miało ono duży wpływ na ich okupacyjne przeżycia, konieczność ukrywania się i wojenną tułaczkę.

             zastanawia mnie dramat Jana Parandowskiego jako człowieka i pisarza. wszelkie komplikacje życiowe i zawirowania, to przecież bezcenne tworzywo literackie. jedocześnie twórczość literacka daje możliwość odreagowania poważnych traum. myślę, że zapłacił bardzo wysoką cenę, wykreślając tak wiele istotnych przeżyć ze swojej biografii. czy wdzięczny byłby wnuczce, a także badaczce z IBL-u za tę ich żmudną pracę i dociekliwość? mam co do tego  wątpliwości, ale może jednak spadłby mu kamień z serca? tak czy owak, biogram pisarza w Wikipedii już został skorygowany.

      

                                   Irena i Jan Parandowscy

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „dociekliwa Joanna S. dokończenie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 17:39
  • niedziela, 14 grudnia 2014
    • dociekliwa Joanna S.

             czytelniczką jestem dość wymagającą. właściwie mógłby mi wystarczyć własny księgozbiór, jako że maniakalnie wracam do książek
      ulubionych, ocenianych przeze mnie najwyżej.  niekiedy wracam też  do tych zupełnie niewybitnych, ale z różnych powodów bliskich memu sercu. te ostatnie są to często biografie, albo autobiografie, do których mam wyraźną słabość.

             do biblioteki w Ustce zapisałam się bardziej z ciekawości niż potrzeby. wielokrotnie czytałam, jak to biblioteki teraz cienko przędą, jak z braku środków nie kupują żadnych nowości. tymczasem biblioteka ustecka kwitnie w najlepsze, całkiem sporo w niej książek świeżo wydanych, tych z półki wyższej, średniej i niższej.

            jak wszyscy wiemy dożyliśmy czasów, w których więcej osób pisze niż czyta. istnieje pogląd, że każdy człowiek, o ile nie jest całkowitym analfabetą, mógłby napisać jedną książkę, traktującą o nim samym. fakt ten nagminnie wykorzystują w ostatnich latach osoby znane z tego i owego, oraz te znane jedynie z tego, że są znane.  

             kiedy na półce z nowościami zobaczyłam książkę Joanny Szczepkowskiej, sięgnęłam po nią po chwili wahania, z jakim z reguły sięgam po książki, których sama bym nie kupiła. kiedy jednak przeczytałam, że jest to początek sagi rodzinnej napisanej w konwencji reportażu, wahanie zastąpiła pewność, że chcę to co
      najmniej przejrzeć. korzystanie z biblioteki ma dla mnie ten urok, że jeśli
      książka nie spełnia moich oczekiwań, nie czuję się zobligowana do przeczytania jej w całości. jeśli natomiast książkę kupuję, z reguły czytam do końca. niekiedy, na szczęście rzadko, jakby za karę, ale czytam.

             Joanna Szczepkowska jest znaną aktorką, mniej znaną pisarką i felietonistką.  a przy tym kobietą całkiem nieprzeciętną, inną i osobną aż do bólu. już we wstępie opisuje wydarzenie, które poświadcza tę jej starannie pielęgnowaną absolutną wyjątkowość. pewnego razu,  przez przypadek, zaproszona została  na spotkanie z wybitnym uzdrowicielem z Tybetu. spotkanie to odbywało się wprawdzie w prywatnym mieszkaniu, ale przybyły na nie tłumy osób poważnie chorych i kalekich. kiedy uśmiechnięty Tybetańczyk podszedł do pani Joanny, podobnie jak wszystkim osobom przed nią położył jej dłonie na ramionach. szybko jednak opuścił ręce i przestał się uśmiechać. patrzył długo w oczy artystce, po czym powiedział do swojej asystentki:

            - Look, she is the worst case in my life*

            nawet świadomej swej niespotykanej wyjątkowości pani Joannie trudno było uwierzyć, że przebiła tych wszystkich bladych, wycieńczonych, z guzami. a do tego wszystkich, których Mistrz spotkał w swoim długim życiu. Mistrz, wpatrując się uważnie w aktorkę westchnął następnie do swojej asystentki:

             - Oh my God, how she is unhappy! **

      po czy polecił pani Joannie się położyć, pochylił się nad nią i patrząc jej głęboko w oczy zapytał cicho:

             - Do you want to be unhappy?***

             - Yes - odrzekła pani Joanna - I do

      po czy wymienili z mistrzem porozumiewawczy uśmiech

       

      ---------------------------------------------------------------------------------

      wprawdzie to całkiem elementarny angielski, ale autorka książki też podaje na wszelki wypadek tłumaczenie

      * Patrz, to najgorszy przypadek w moim życiu

      ** Mój Boże, jaka ona jest nieszczęśliwa!

      *** Czy chcesz być nieszczęśliwa?

       

      -----------------------------------------------------------------------------------------

           przykro mi bardzo, ale podczas manewrów związanych ze wstawianiem zdjęcia, podły Blox był uprzejmy wysłać w kosmos dalszy ciąg tego wpisu. ponieważ  nienawidzę pisania po raz drugi tego samego, napiszę część drugą jeszcze raz, jak się otrząsnę ze złości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „dociekliwa Joanna S.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 grudnia 2014 16:44
  • wtorek, 09 grudnia 2014
    • doktor Mors

                       przyjeżdżają zawsze we dwóch: Doktor i jego terier szkocki* Jazz. są tutaj czasem codziennie, a czasem co drugi dzień. wszystko zależy od grafiku dyżurów. oczywiście dyżurów w szpitalu, bo Doktor Mors nie jest jakimś doktorem filozofii albo innej socjologii**, tylko prawdziwym doktorem. to znaczy takim, który pomoże w chorobie. a pływanie w lodowatym Bałtyku to jego hobby.

                      dotychczasowy rekord Doktora, to kąpiel przy temperaturze -8 st.C.

                      gdyby ktoś miał ochotę pójść w jego ślady, to podam skrócone know-how: zacząć należy od półkilometrowego biegu w ubraniu. następnie rozbieramy się do kąpielówek, dobrze jest mieć psa, który podobnie jak Jazz przypilnuje dobytku.

      

      

       

       

              do morza wchodzimy na mniej więcej tyle minut, ile wynosi temperatura wody danego dnia. w tym konkretnie dniu, kiedy to podglądałam Doktora woda miała 6 stopni, tak więc pływanie trwało również ok. 6 minut. temperatura powietrza ok.- 2 st C.

       

      

       

              Jazz monitoruje sytuację stojąc na brzegu, a Cliff, jedyna panienka na plaży, przygląda się Doktorowi z nieskrywanym podziwem

       

      

       

       

            starałam się nie być zbyt nachalna z fotografowaniem, ale nawet z tej odległości widać, że doktor Mors ma figurę modela

       

      

       

             ubieranie stwarza pewne trudności, jako że najbardziej marzną ręce, ale to kwestia wprawy

       

      

       

       

            na zakończenie powtórzyć należy półkilometrowy bieg i można wracać do domu. przepustka do życia wiecznego gwarantowana!

      

      --------------------------------------------------------------------------

      * tak naprawdę to on się tylko wywodzi od teriera szkockiego. w rzeczywistości jest to natomiast, jak błyskotliwie zauważyła Damakier, west highland white terrier (vide komentarz), rodowodowy, a jakże. zgodnie z papierami powinno się go tytułować Jazz3. przepraszam za nieścisłość, a Damie dziękuję za sprostowanie.

      **wariackie papiery i dyplom doktora, który nie pomoże, kiedy będziesz chora jak śpiewał dawny opozycyjny bard, doktor socjologii Jan Krzysztof Kelus

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „doktor Mors”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 grudnia 2014 13:47

Tagi

Kanał informacyjny