klif on-line

Wpisy

  • sobota, 25 lutego 2017
    • ciąg dalszy o tym, że marzenia się spełniają

       

      nawiedzona opowieść pani Magdy o Machowinku z Poddąbiem w tle

       

             A więc, w czerwcu tamtego roku tyle co wyszliśmy z długów i spłaciliśmy to, co nas uwierało. Na pół roku trafił się projekt u mnie, który mnie dużo kosztował emocjonalnie, ale też pozwolił stanąć na nogi. Dostałam też pieniądze z odszkodowania i planowałam remont. Nie chciałam słyszeć o zainwestowaniu tych pieniędzy, bo od 11 lat połowa mieszkania nie jest remontowana, nawet niemalowana. Czas najwyższy. Nie miało sensu malować, bo okna proszą o wymianę, a podłoga  straszy. I tak domino rozlatujące się stało.  Na wrzesień ustaliłam remont i pojechałam nad morze. To były nasze pierwsze wakacje od lat. I były dokładnie takie, jak mają być :). Nim wyjeżdżałam, pojechaliśmy z dziećmi na zakupy. Stanęłam w centrum handlowym w (...) przy półce z książkami do wymiany – można stamtąd pożyczać książki i można dawać swoje. Jest taka akcja w kilku miejscach miasta. Przyciągnęła mnie książka o tytule,  którego już nie pamiętam. W każdym razie wzięłam ją na wakacje. Na wakacjach zaczęłam czytać i co czytałam, to coraz bardziej myślałam o ziemi nad morzem. A czytałam o tym, że niemożliwe staje się nieraz możliwe. Że w życiu jest dużo zbiegów okoliczności. Że nieraz za bezcen udaje się coś zdobyć. Dała mi ta książka jakiegoś pstryczka w nos. Poszłam za tym i zaczęłam szukać czegoś nad morzem. Mężowi było w to graj, więc trochę pojeździliśmy. Tylko w okolicach Gąsek, Sarbinowa i  Chłopów, ceny były gigantyczne. I wtedy znalazłam ofertę w niezłej cenie w okolicy Darłowa. Jechaliśmy tak kilka godzin. Dzieci były złe, mąż coraz bardziej zirytowany.  Trafiliśmy na cwaniaczka, który pokazał nam miejsce zupełnie nieciekawe. Machowinko też wtedy znalazłam, tylko źle doczytałam – że jest koło Ustronia zamiast Ustki. Machowinko miało być w planie na następny dzień – bo Ustronie było niedaleko  ChłopówJak już ruszyliśmy z Darłowa, zupełnie nie wiem, czemu mnie nagle coś tknęło, żeby już na jutro wstukać Machowinko w GPS. Nie zdarza mi się taka obowiązkowość, zawsze działam bardziej na ostatnią chwilę. Ale tym razem tknęło, wbiłam i okazało się, że Machowinko wcale nie leży koło Ustronia! Jakimś dziwnym trafem przemieściło się razem z nami i czekało na nas 60 km dalej od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. I to bynajmniej nie w stronę naszego noclegu! Trójka sfrustrowanych samców na pokładzie, marzących o szybkim powrocie nad „nasze morze” w Chłopach, wkurzonych z powodu straty większości dnia i ja jedna z pomysłem, który wywołał falę buntu. To też nie po mojemu w ostatnich latach, ale stanęłam niczym herszt na czele mojej bandy i uparłam się, że skoro ten GPS pokazał, co pokazał, to jedziemy tam bo przypadków nie ma! Uparta kobieta może wiele. Moja trójka spasowała, ale nastrój w aucie był grobowy i mi też się udzielił. Czuliśmy dodatkowo niesmak po spotkaniu z „cwaniaczkiem”. Napięcie było wyczuwalne do momentu, gdy zaczęliśmy się zbliżać do Machowinka. Najpierw zaczął sączyć się we mnie spokój i radosne podniecenie. A ten stan znam bardzo dobrze. Zdarzył się raptem kilka razy w życiu i zawsze zwiastował dobre zmiany. Gdy tam dojechałam na polanę z czaplami, ptactwem i wielką zielenią po horyzont, zachłysnęłam się. Błogostan, spokój i piękno doskonałe. Moje miejsce na ziemi. I absolutna pewność, że tam będzie skrawek ziemi albo może nawet i nieba na ziemi dla nas.
      Po wstępnej rozmowie z właścicielem, który w kontraście do „cwaniaczka” był czarujący, pojechaliśmy zobaczyć Poddąbie. To była dopiero miłość od pierwszego wejrzenia. Te lasy wkoło, ten spokój, najlepsze lody, jakie jadłam od lat w gałkach wielkości znanej mi tylko z południa Europy. I na koniec wizyta w kawiarni, gdzie do kawy dają mleko roślinne. Mały luksus, za którym zawsze w Polsce tęskniła moja przyjaciółka z Anglii. Te wszystkie małe szczegóły zbudowały obraz miejsca, jakby stworzonego dla mnie, dla nas. Poddąbie miało jednak jeden mały mankament – wejście na plażę obfitujące w klawiaturę schodów. Mąż martwił się, że na starość nie będziemy schodzić, że to zejście utrudni funkcjonowanie z rowerami, a kiedyś z wózkiem i wnukami. Ja osobiście też wolę dużo bardziej płaskie zejścia. Mają coś magicznego. Takie schody wydają mi się bardziej drapieżne, mają coś niepokojącego dla mnie. Choć morze w Poddąbiu było absolutnie cudowne i plaża też. Widoki zapierające dech w piersiach.Wtedy zarezerwowaliśmy ziemię i wróciliśmy do Chłopów. Mieliśmy wrócić za 2 tyg. podpisać umowę. Wróciliśmy na jeden nocleg. Było zimno, lało i było przepięknie.
      Rano wybrałam się na kije – poszłam od Poddąbia w stronę Machowinka mniej więcej w okolicach trasy rowerowej. Przedzierałam się przez chaszcze i byłam tak zauroczona, że zapomniałam się bać kleszczy. One chyba za to bały się mojego szczęścia, albo w każdym razie je uszanowały i postanowiły mi zejść z drogi. Przedreptałam na początek naszej polany i wróciłam z GPSem najkrótszą drogą nad morze. To były od lat najszczęśliwsze momenty w moim życiu. Takiego spokoju, powrotu do swojej dawnej radości. Jakby płynęła przeze mnie zdrowa energia, bardzo moja kiedyś, ale dawno zapomniana przez nieszczęścia i choróbsko. Miałam wrażenie, że odradzam się na nowo :). Brzmi górnolotnie, ale taki stan mi wtedy towarzyszył. I wtedy doszłam najkrótszą droga na plażę. I co się ukazało moim oczom? Najpierw strumyk, potem reprezentacyjne budki z funduszy europejskich. I w końcu morze. Ale przed nim coś jeszcze. Mały, brakujący puzzelek do miejsca doskonałego. Łagodne zejście nad morze bez schodów. Nawet bez piasku, w którym można ugrzęznąć - takie, którym można bezproblemowo zejść z rowerem, wózkiem, a nawet ześlizgnąć się na czterech literach lub po prostu sturlać ;). Radości, która towarzyszyła temu odkryciu, nie zapomnę nigdy.
      A potem zdarzyła się jeszcze jedna dziwna sytuacja. Gdy wróciliśmy oglądać działkę, zaczęliśmy się zastanawiać, którą właściwie wybrać. Lało, wiało, a niebo pokrywały wielkie, ciemne chmury. Wtedy dostałam jakiegoś przebłysku – jakby ktoś do mnie powiedział „zrób zdjęcie a znajdziesz odpowiedź, która działka”. Nie zastanawiając się, pstryknęłam więc zdjęcia obu działkom i szybko na nie spojrzałam. Nie dowierzałam temu, co zobaczyłam. Na zupełnie ciemnym niebie nad jedną działką była bezchmurna, błękitna dziura w kształcie serca :). Uznałam, że to wszystko jest tak nierealistyczne, że zaczynam wariować i zignorowałam ten „znak niebios”. Mężowi nie zdradziłam swoich nawiedzonych doświadczeń, bo to wspaniały, aczkolwiek twardo stąpający po ziemi człowiek. Zamiast intuicji, oddałam się we władzę logice i przeanalizowaliśmy wszystkie za i przeciw. Stanęło i tak na działce z serduszkiem...
      

      

      PS. opowieść otrzymałam od pani Magdy drogą mailową. kolejnym niesamowitym zbiegiem okoliczności był fakt, że podczas pisania tego maila listonosz przyniósł jej wpis do księgi wieczystej z sądu w Słupsku, dotyczący zakupionej ziemi w Machowinku.

       

      zdjęcie zrobione przez autorkę opowieści, oczywiście w Poddąbiu 



       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „ciąg dalszy o tym, że marzenia się spełniają”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lutego 2017 14:13
  • sobota, 18 lutego 2017
    • sparaliżowana Panna Cliff

       

             Panna Cliff rozsiadła się pod stolikiem, na którym stoi laptop, tuż obok mojego łóżka. żadna sensacja, po prostu jedno z kilku miejsc, w których w warszawskim mieszkaniu najczęściej wysiaduje.  Cliff od zawsze lubi się przemieszczać,  nigdy na żadne stałe posłanie nie udało się jej namówić. wraz ze zmianą miejsca lubi sobie trochę poszczekać, napić się wody, zajrzeć do miski z żarciem. takie tam psie nawyki, nic nadzwyczajnego. 

              obejrzałam po raz trzeci "Ostatnią rodzinę", film moim zdaniem doskonały.  trwa pełne dwie godziny. Panna Cliff nie zaszczekała w tym czasie ani razu. gdy skończyłam oglądać, w dalszym ciągu siedziała w tej samej pozycji pod stolikiem. trochę mnie to zdziwiło, ale nieprzesadnie: pies też bywa niekiedy ospały i może się zasiedzieć.

           - to co, kolacyjka? - pytam retorycznie. Cliff jakby się ucieszyła, ale u jamnika, chyba największego psiego żarłoka, nazywanego niekiedy odkurzaczem, to całkiem naturalna reakcja. jednak nie poczłapała za mną do kuchni. przynoszę pełną miskę do pokoju i stawiam obok fotela, ze dwa-trzy metry od niej. patrzy wprawdzie w stronę fotela, ale w dalszym ciągu trwa w identycznej pozycji. dokładam do miski z różnościami kawałek pasztetu. nic. no to jeszcze plaster pachnącej szynki na wierzch rzucam. bez zmian. jezu, jak jamnik nie chce szynki, to może znaczyć tylko jedno, że nie żyje. przerażona zaglądam pod stolik: jednak żyje. siedzi jak jaki pomnik i gapi się tymi bezdennie smutnymi jamniczymi gałami. wracam do kuchni na miękkich nogach.

             nagle z pokoju słyszę dość ciche odgłosy psiego niezadowolenia. takie pomruki emituje Cliff, gdy uważa, że dzieje jej się krzywda. zaglądam do pokoju: bez zmian. powoli zaczyna do mnie docierać smutna prawda, że Panna Cliff jest bardzo chora. jej poprzedniczka, po odmaszerowaniu za tęczowy most zwana Nieboszczką, praktycznie od wczesnej dorosłości cierpiała z powodu kręgosłupa. wtedy najczęściej wchodziła pod spory stół i popiskiwała. to był znak, że należy zbierać się do lekarza. dostawała wówczas serię zastrzyków po których następowała poprawa, a po paru tygodniach dolegliwości niestety wracały. no cóż, taki żywot psa z nienaturalnie wydłużoną sylwetką. dr Dorota Sumińska napisała kiedyś, że jamnik jest po prostu kaleką.

             tak więc i Pannę Cliff zaczął doświadczać jamniczy los. w porównaniu z Nieboszczką znacznie później, jako że liczy ona sobie  10 wiosenek z okładem. a zmiany zwyrodnieniowe między dwoma czy trzema kręgami miała już w opisie rentgena sprzed pięciu lat. jaka szkoda, że dr Rosińska nie żyje! była po prostu genialna. pielgrzymowało się do niej na drugą stronę Wisły stojąc w niewyobrażalnych korkach. potem stało w kolejce na co najmniej pół ulicy Wileńskiej. ale nikt nie narzekał, stało się, bo miała niesamowitą intuicję. każdemu psu pomogła, to był ostatni adres w Warszawie w przypadkach beznadziejnych.

             - to gdzie jedziemy? - pyta mąż. i sugeruje klinikę na Książęcej. tam kiedyś zrobili Nieboszczce udaną operację. ok. niech będzie Książęca, nie mam lepszego pomysłu. ale jak my ją podniesiemy, skoro taka obolała...podchodzę straszliwie napięta i zaczynam od głaskania. nie protestuje, wydaje się nawet zadowolona. dobry znak. próbuję delikatnie ją przesunąć. nie piszczy. w pewnym momencie wyczuwam między łapami coś  twardego, coś jej ewidentnie krępuje ruchy. po chwili przyczyny paraliżu stają się jasne: Cliff jest misternie owinięta od spodu przewodem od laptopa, w paru miejscach nadgryzionym. najwyraźniej próbując się uwolnić coraz dokładniej się tym kablem owijała. jednak tak się omotać, aby kabel był całkowicie niewidoczny, to prawdziwy majstersztyk. ufff, co za ulga...Cliff dopada wreszcie do upragnionej michy i pożera łapczywie najsmaczniejsze kąski. alarm szczęśliwie odwołany.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „sparaliżowana Panna Cliff”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 18 lutego 2017 15:39
  • niedziela, 12 lutego 2017
    • leśna Warszawa

       

             uświadomiłam sobie, że pluję na tę Warszawę niczym rasowa mucha plujka. nie dość, że moje opinie bywają niesprawiedliwe, to jeszcze niekiedy mijam się z prawdą. na przykład nazywając ją betonową dżunglą. tymczasem w rzeczywistości, oczywiście jak na garbatego, stolica jest miastem można wręcz powiedzieć zielonym. postanowiłam więc tę dżunglę odszczekać.

             Warszawa jest obok Berlina i Sztokholmu jedną z trzech europejskich stolic posiadających lasy w administracyjnych granicach miasta. na terenie naszej stolicy zajmują one ok. 7200 hektarów, a to stanowi 15% jej powierzchni. najstarsze warszawskie lasy miejskie - Las Bielański i Las Młociński - zostały wykupione przez miasto w 1907 roku. w dalszej kolejności, w roku 1938, odkupiony został od rodziny Branickich,  na potrzeby rekreacyjne mieszkańców stolicy,  Las Kabacki. ogółem warszawskie lasy miejskie składają się z 27 kompleksów leśnych, część z nich to rezerwaty przyrody.

             jako mieszkanka Mokotowa, a przy tym zawzięta rowerzystka przez wiele lat korzystałam z uroków Lasu Kabackiego, na nim się więc skoncentruję. jest to rezerwat krajobrazowy, którego nazwa pochodzi od dawnej wsi Kabaty, położonej na malowniczej, pociętej jarami, skarpie wiślanej. zachował się tu wielogatunkowy drzewostan oraz bogate runo. duże obszary porośnięte są 120-160-letnim starodrzewem z licznymi pomnikowymi dębami, sosnami i bukami. spotkać tu można sarny, lisy, dziki, borsuki, kuny leśne i domowe, jeże, a także wiele gatunków ptaków. mówiąc szczerze, znacznie więcej zwierząt spotkałam jeżdżąc rowerem po tym lesie, zwłaszcza w jego bardziej odległej części, która prowadzi do Konstancina, niż podczas spacerów po poddąbskim klifie. częściowo jest to zapewne związane z faktem, że w Poddąbiu towarzyszy mi wyczuwany przez leśne zwierzęta pies. poza tym miałam szczęście trochę wyprzedzić rozwój tej części miasta oraz miejską epokę rowerową: jeszcze w latach dziewięćdziesiątych Las Kabacki w powszednie dni był praktycznie bezludny.

                    czasami spotykałam osoby poszukujące miejsca głośnej katastrofy samolotu pasażerskiego Ił62 "Tadeusz Kościuszko" lecącego z Warszawy do Nowego Jorku, który rozbił się tutaj 9 maja 1987 roku. pod względem liczby ofiar - zginęły wówczas 183 osoby - jest to do dzisiaj największa katastrofa w historii polskiego lotnictwa. jak to za komuny bywało, wobec skąpych informacji prasowych, na temat tragicznego wypadku krążyło sporo plotek. pamiętam też makabryczny dowcip o nowej linii LOT-u na trasie Las Vegas - Las Palmas - Las Kabacki...

      tak wygląda miejsce katastrofy



       

       

                na terenie lasu spotkać można miejsca straceń i mogiły partyzanckie z ostatniej wojny podczas której Niemcy zamordowali tutaj co najmniej kilkuset mieszkańców miasta.

               w 2015 roku Las Kabacki powiększył się o teren o szczególnym znaczeniu historycznym przekazany przez wojsko: niegdyś mieściła się tam tajna jednostka wojskowa "Wicher", w której trzech polskich kryptologów: Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski złamali kod przenośnej niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. według opinii niektórych historyków złamanie szyfru Enigmy przyspieszyło zakończenie wojny nawet o 3 lata.

       

      głaz i tablica upamiętniające ten niebywały wyczyn trójki naszych wybitnych rodaków

       


            

             najstarszą ciekawostką historyczną tego lasu jest zabytkowa leśniczówka z 1890 roku



       

                w ciągu ostatnich kilkunastu lat, w związku z rozbudową osiedli Ursynów i Natolin, zbliżających się już praktycznie do ścisłych granic lasu, liczba osób odwiedzających ten rezerwat wielokrotnie wzrosła. teraz przypomina on bardziej park, czy też leśny park miejski. mimo protestów społecznych  mają tu ostatnio miejsce spore wycinki, i chociaż jest to właściwie problem wszystkich polskich lasów, Lasu Kabackiego żal mi jakoś szczególnie.

      ---------------------------------------------------------------------------

      pisząc ten tekst podpierałam się Wikipedią, zdjęcia z internetu, autorów brak

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „leśna Warszawa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2017 19:37
  • sobota, 04 lutego 2017
    • dzieci z Aleppo

       

             decyzja o niewpuszczeniu do Polski dziesięciorga sierot z Aleppo, które chciał sprowadzić do Sopotu prezydent tego miasta, Jacek Karnowski, to jedna z najbardziej nieludzkich decyzji tej koszmarnej sekty, która rządzi naszym krajem. Jacek Karnowski wystosował pismo w tej sprawie do Beaty Szydło. w odpowiedzi został poinformowany, że nie można tego zrobić ze względu na "zagrożenie bezpieczeństwa". nic dziwnego, że na portalach społecznościowych zawrzało. najdobitniej podsumowała sprawę na Facebooku Karolina Korwin Piotrowska:

      "Klękać, modlić się, łapać hostię, przymilać się do księży jest łatwo. Zrobić cokolwiek, co potwierdzi wasze malowane chrześcijaństwo i ostentacyjną acz jak widać g**no wartą miłość bliźniego - jest trudniej, prawda?" DZIESIĘCIORO MAŁYCH DZIECI... Nie życzę wam źle, ale karma wraca. Nie macie pojęcia o Bogu, sumieniu i empatii. G**no was obchodzą inni. Nie tylko jesteście głupi, ksenofobiczni, nietolerancyjni, zawistni i pozbawieni wyobraźni.  Jesteście ZŁYMI LUDŹMI

              brawa dla pani Karoliny za najtrafniejsze z możliwych podsumowanie. teraz do autorów decyzji czyli rządu Beaty Szydło zaczyna docierać, jak mocno strzelili sobie w stopę i próbują rakiem się wycofać. za późno. my im tego nie zapomnimy!

       

       

      Dzieci z Aleppo

      Na święta dostałem urwaną nogę.
      A moja siostra dwie kule w plecy.
      Mamie trzech panów ucięło piersi.
      Po tym jak zgwałcili ją na naszych oczach.
      Wykrwawiała się krzycząc.
      Wesołych Świąt.

      Tacie już rok temu źli żołnierze poderżnęli gardło.
      Babcie pogrzebał żywcem bombowy nalot.
      Z drugiej klasy, do której chodziłem,
      żyje nas już tylko trzech.
      Malutkiemu Hassanowi z trzeciego piętra, 
      ściana zmiażdżyła główkę.
      Szczęśliwego Nowego Roku .
      Życzą dzieci z Aleppo.

                                          autor: Gerard Karwowski

           

      

      

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „dzieci z Aleppo”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lutego 2017 21:13

Tagi

Kanał informacyjny