klif on-line

Wpisy

  • niedziela, 22 lutego 2015
    • oscarowa Chustka ("Joanna")

             na początku była diagnoza. paskudna. 34-letnia kobieta, matka 5-letniego synka, dowiaduje się, że cierpi na zaawansowaną chorobę nowotworową. lekarze "dają" jej kilka miesięcy życia. Joanna postanawia utrwalić czas, który jej pozostał pisząc bloga przede wszystkim z myślą o synku. udaje jej się przeżyć ponad dwa lata. wpisy na blogu, prawie codzienne, pojawiają się bez mała do ostatnich dni jej życia. blog szybko zyskuje sporą grupę czytaczy i komentatorów. Joanna staje się osobą medialną: udziela wywiadów znanym tygodnikom, powstaje o niej reportaż radiowy. a także film dokumentalny. gotowy od blisko dwóch lat, nie wiedzieć czemu miał swoją polską premierę dwa dni temu, 20 lutego 2015 roku. zapewne ma to jakiś związek z datą wręczania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, jako że film nominowany został do Oscara.

            osobiście nigdy na tego bloga nie zajrzałam. po pierwsze dlatego, że umieranie wydaje mi się sprawą szalenie osobistą i intymną. po drugie, śledzenie czyjegoś zmagania z poważną chorobą o złych rokowaniach ma swoją cenę: w pewien sposób "oswajasz" tę osobę. jej cierpienie, a następnie śmierć stają się twoim osobistym przeżyciem. może lepiej oszczędzić sobie tych silnych emocji? w końcu nie wiadomo z czym trzeba będzie się zmierzyć w życiu naszych bliskich i własnym, a od tego przecież nie uciekniemy. kiedy jednak parę dni temu wpadła mi w ręce w bibliotece książka "Chustka" postanowiłam do niej zajrzeć. w efekcie wpadłam jak śliwka w kompot i przeczytałam ją w ciągu kilku godzin praktycznie na jednym oddechu.

             Chustka to nick Joanny, a jednocześnie tytuł bloga. wymyślił go Niemąż, po synku Jasiu najbliższa osoba autorki. pan o mocno kontrowersyjnej przeszłości. pominę jednak ten wątek, jako że blednie on bardzo wobec majestatu śmierci i niepotrzebnie rozprasza. najważniejsze, że w sposób odpowiedzialny, perfekcyjny i pełen poświęcenia zajmował się J. aż do końca. a potem, zgodnie z wolą J. powołał do życia Fundację Chustka. celem fundacji jest walka o usunięcie bólu towarzyszącego chorobie nowotworowej, a zwłaszcza jej ostatnim stadiom. podobno użycie środków morfinopodobnych nie zmieniło się w Polsce od lat 80-tych ubiegłego wieku i jest wielokrotnie niższe niż w większości krajów europejskich. ale to też jest inny temat.

             dlaczego zatem Chustka? Joanna wyjaśnia: wtedy, w kwietniu 2010  roku - zrozumieliśmy, że stoimy na rozstaju dróg - albo założę chustkę na łysą głowę i będę walczyła, albo pomacham bliskim chustką na pożegnanie.

             w rzeczywistości, chociaż wyłysiała w wyniku chemioterapii nie założyła nigdy chustki. za to walczyła z chorobą z godną podziwu determinacją i nieopisanym wdziękiem. książka - w rzeczywistości skrócona i pozbawiona komentarzy wersja bloga - to świadectwo inteligencji, wrażliwości, poczucia humoru i dystansu autorki do siebie samej i świata. mimo, a częściowo pewnie też wskutek choroby, celebruje zwyczajne, codzienne sprawy i wydarzenia, stara się żyć maksymalnie uważnie i niejako "na zapas" wychowywać synka. dramat kilkuletniego Jasia oswajanego z chorobą matki i perspektywą jej odejścia wyciska łzy i przeraża. jednak, jak twierdzą psychologowie, takie uczestnictwo dziecka w chorobie jest z punktu widzenia jego psychiki i dalszych losów życiowych znacznie korzystniejsze niż ukrywanie choroby, mataczenie i oszukiwanie dziecka.

            podobno setki, a może nawet tysiące osób chorych, albo mających kogoś chorego w rodzinie czy otoczeniu, osób zdrowych, albo borykających się z życiem z innych powodów, obserwowały na blogu codzienność Joanny i starały się zarazić od niej afirmacją życia tu i teraz, bez grymaszenia, takiego jakie zostało nam dane. nie jestem pewna, czy można się tego od kogoś nauczyć, ale sporo osób twierdzi, że zawdzięcza Joannie bardzo wiele. przeczytałam gdzieś, że życie człowieka składa się w 10% z tego co nam się przydarza, a w 90% z tego jak na to reagujemy. nie oceniając trafności tej proporcji 10-90%, bo niby jak to zmierzyć, sentencja generalnie wydaje mi się mądra. zgodnie z nią, w moim odczuciu Joanna mogłaby otrzymać, ale nie bardzo wiem od kogo, odpowiednik filmowego Oscara w kategorii sztuka życia i umierania.

             a film podobno nie jest smutny, piszą że często wywołuje uśmiech, choć pewnie jest to uśmiech przez łzy. ciekawe, że reżyserka, Aneta Kopacz, praktycznie debiutantka, pozyskała do współpracy wybitnych twórców: "oscarowego" kompozytora Jana A.P. Kaczmarka i Łukasza Żala, autora genialnych zdjęć do "Idy". trzymajmy zatem kciuki!

       

      

       

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „oscarowa Chustka ("Joanna")”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 lutego 2015 14:07
  • niedziela, 15 lutego 2015
    • nietrafiony prezent walentynkowy

             Senną aurę lokalu telefonii komórkowej szumnie zwanego salonem zakłócił nagle rozemocjonowany głos kobiecy:

            - Proszę to natychmiast ode mnie zabrać!

             Wszyscy jak na komendę odwróciliśmy głowy w kierunku wejścia. W drzwiach stała drobna, szczupła pani, chyba lekko po szcześćdziesiątce. Po chwili, nie zwracając najmniejszej uwagi na osoby oczekujące w kolejce, szybkim krokiem dopadła jednego z konsultantów

             - Ja tego nie chcę, ja tego nie potrzebuję, to dobre dla młodych - wołała wyjmując z torebki swój telefon

             Wzburzenie drobnej pani wydało nam się intrygujące, wszyscy łypaliśmy więc w jej stronę w oczekiwaniu na rozwiązanie zagadki. Wkrótce wyjaśniło się, gdzie jest pies pogrzebany. Nasz wspólny operator, którego nawiasem mówiąc, podobnie zresztą jak pozostałych, szczerze nie znoszę, zrobił tej pani prezent walentynkowy mocno nietrafiony: podarował jej na kilka najbliższych dni 1 GB internetu. liczył oczywiście na to, że połknie ona haczyk i zechce dalej korzystać już odpłatnie. Pan K. najbardziej uprzejmy i najżyczliwszy konsultant we wszechświecie (jeszcze o nim kiedyś napiszę) starał się panią uspokoić. Dostała ten internet gratis i na pewno nie ma mowy o żadnych opłatach.

             - Gratis, gratis, znam te wasze gratisy, tylko że potem przychodzi faktura - piszczała - proszę to natychmiast zabrać. Ciekawe, że pani nie zdecydowała się ani razu na wypowiedzenie słowa "internet", tak jakby się go brzydziła.

             Obecna w lokalu młodzież wymieniała porozumiewawcze spojrzenia, niektórzy chichotali. Tylko pan K. z kamienną twarzą manipulował przy telefonie starając się usunąć kłopotliwy prezent.

             - Ja jeżdżę na rowerze - dodała pani już trochę spokojniejsza. Wyznanie o rowerze jeszcze bardziej rozbawiło młodych

                - My też proszę pani jeździmy na rowerze - wtrącił jeden z nich

            -  Ale ja mam swoje życie i tego nie potrzebuję - podsumowala pani, gdy pan K. podał jej wreszcie oczyszczony z "tego" telefon.

              Po powrocie do domu zrobiłam prowizoryczny rachunek sumienia, a dokładniej bilans zysków i strat związanych z blisko 15-letnm korzystaniem z sieci. Starałam się choćby orientacyjnie podliczyć liczbę godzin spędzonych w internecie, porównać intensywność kontaktów z ludźmi, a nawet korzystanie z roweru.  Powiem tylko, że liczba godzin wyszła mi astronomiczna, a porównania okazały się nieco przygnębiające. Szczegółów bilansu nie podam, bo się wstydzę. Powiedzmy że są to dane poufne. Zachęcam każdego do chwili pogłębionej refleksji nad własnym życiem wirtualnym. Godzin spędzonych na pracy nie należy oczywiście do takiego bilansu wliczać, bo to jest całkiem inna bajka. Kto uzna, że korzystanie z internetu wniosło do jego życia więcej korzyści niż strat niech pierwszy rzuci myszą.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „nietrafiony prezent walentynkowy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lutego 2015 21:11
  • piątek, 06 lutego 2015
  • środa, 04 lutego 2015
  • niedziela, 01 lutego 2015
    • wreszcie sypnęło!

             dzisiaj, po raz pierwszy tej zimy, spadł solidny śnieg. dotychczas pojawiał się u nas w ilościach raczej homeopatycznych. może trochę przesadzam, ale nie bardzo. bo chociaż parę razy spadło go nieco więcej niż niewiele, to po 2-3 godzinach znikał jak sen jaki złoty i można już go było jedynie wspominać. za to dzisiaj mieliśmy i na razie dalej mamy, jak mówi młodzież - full wypas. tyle że jak ktoś ma krótkie kończyny, to nie dawał rady w lesie. na szczęście na plaży było łatwiej.

       

      ?

      ?

       

       

      ?

       

       

      ps. jeśli ktoś uważa, że autorka tego bloga jest wyjątkowo gnuśna i leniwa, to ja się w zupełności z nim zgadzam. to naprawdę przesada, żeby chociaż jednej przyzwoitej notki na tydzień nie napisać! "sam jestem na siebie oburzony" powiedział niegdyś pan Jacek Kurski, gdy pozostawił na parę dni auto na gdańskim trawniku udawszy się do Brukseli. ja również sama jestem na siebie oburzona. niestety taka już moja parszywa natura i niewiele mogę na to poradzić. ale żeby się chociaż odrobinę zrehabilitować wyciągnę na koniec asa z rękawa:

       

      ?

       

      tego wilka, 27 stycznia 2015 roku, zarejestrowała kamera, która miała śledzić wędrujące jelenie. prawdopodobnie nie jest to pierwszy przedstawiciel tych drapieżników w Słowińskim Parku Narodowym, ale jako pierwszy został nagrany. tak więc pojawienie się wilków w poddąbskich lasach, to być może perspektywa niezbyt odległa.

      a tu można sobie filmik z wilkiem obejrzeć:

      http://gryf24.pl/2015/01/27/fotopulapka-miala-lapac-jelenie-w-spn-zlapala-wilka/

      

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „wreszcie sypnęło!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 lutego 2015 21:01

Tagi

Kanał informacyjny