klif on-line

Wpisy

  • środa, 27 lutego 2013
    • Spacerem do Poddąbia po raz drugi

              jak kraść to kraść konsekwentnie.  jako że w dalszym ciągu niewiele wiem o prawach autorskich w internecie, pozwolę sobie zaprezentować kilka starych fotografii Ustki (Stolpmunde) i Poddąbia (Neustrand).  tylko jedna z nich, udostępniona mi dawno temu przez nieocenioną Czesię jest opisana. pojawi się jako pierwsza.

      przy okazji tego zdjęcia przypomniał mi się piękny tekst Czesi "Spacerem do Poddąbia", który autorka pozwoliła mi zamieścić dokładnie rok temu. od tego czasu blog zyskał wielu nowych bywalców. z przyjemnością powtórzę go zatem, bo na wszystkich fanach Poddąbia wywiera spore wrażenie.

       

      Na plaży w Poddąbiu w latach 1946-1948 „cumował” wrak okrętu. Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Romana Zuba.
       

      Do Poddębia jeździliśmy furmanką zaprzężoną w dwa konie, którymi powoził tato.
      Były to późne lata pięćdziesiąte,szosa była szutrowa, a samochodów na niej prawie wcale. Do Poddębia, tak wtedy nazywaliśmy miejscowość, o której Niemcy
      mówili Neustrand, a teraz oficjalna nazwa brzmi Poddąbie. Nie będziemy rozwijać onomastycznych zawiłości, chociaż z pewnością byłyby ciekawe, na przykład czy była wcześniej słowiańska miejscowość Poddamp lub z niemiecka Altstrand, niektórzy twierdzą, że tak, nawet pokazują gdzie. Jeździliśmy w niedzielę, bo przez cały tydzień i konie, i my pracowaliśmy w polu. Latem pracy było co niemiara. Kiedy siano leżało w kopach, nawet w niedzielę trzeba było pilnować pogody. Często po mszy z obawy przed deszczem zwoziliśmy siano lub snopy i o wycieczkach nawet nie było co marzyć.
      Zdarzało się jednak dwa, trzy razy w ciągu lata, że rodzice organizowali dla
      nas wyprawę nad morze. Oczyszczaliśmy z grubsza drabiny wozu, mościliśmy
      kocami, mamusia pakowała do kosza coś do jedzenia i picia i…jazda! W Objeździe
      dosiadali do nas kuzyni i znajomi-do ostatniego miejsca. Jechaliśmy do Bałamątku i dalej kawałek dawnym torowiskiem, i przez las duktem. Śmiechu, żartów i opowieści, a nawet śpiewów nie brakowało. Konie człapały, nikt ich nie
      popędzał, a nam się nie spieszyło. Jazda przez las też była przeżyciem. W
      słońcu sosny pachniały żywicą, w poszyciu czerniły się jagody, więc zatrzymywaliśmy się, żeby ich posmakować. Po godzinie, półtorej docieraliśmy na
      miejsce.

       Przez Poddąbie prowadziła piaszczysta droga. Kilka niskich domków po prawej stronie zamieszkiwali niezamożni rybacy. Żartowano, że w Poddąbiu flądry smażą tylko po jednej stronie. Pan Bułgara, który łowił i rozwoził ryby po okolicy i o którym tato opowiadał nam bajki, od dawna żyje tylko w pamięci dzięki niezliczonym przygodom z kotami, które uwijały się wokół jego wozu. Po przeciwnej stronie pasło się kilka krów, były jakieś poletka z kartoflami, żytem i owsem.

      Poddąbie to polana zamknięta od wschodu, czyli wjazdu do wsi lasem świerkowo-sosnowym z kępami brzóz, a od zachodu, czyli zejścia na plażę lasem bukowym. Pięknym starym lasem rosnącym na klifie. Korzenie niektórych drzew są widoczne, bo morze i wiatr wypłukały ziemię, a drzewa stoją z jakimś niesamowitym uporem nie poddając się niszczycielskiej sile żywiołów. Wydawało się wtedy, że to jakiś odrębny świat, tajemniczy, majestatyczny i nieskażony. Czuliśmy się przez moment jak odkrywcy.
      Cichły rozmowy, wyostrzały się źrenice, tylko konie jak przedtem człapały, od
      czasu do czasu parskając od pyłu na drodze. Tato stawiał wóz na łączce z
      kiepską trawą wyschniętą od słońca, konie dostawały worki z obrokiem, lejcami
      przywiązywał zaprzęg do jakiegoś drzewka i zbiegaliśmy na plażę.Za każdym razem
      próbowaliśmy czy woda naprawdę jest słona, później chlapaliśmy się w lagunach,
      bo woda była w nich cieplejsza. Nie umieliśmy pływać, rodzice pilnowali, byśmy
      nie wchodzili za daleko. Tylko tato miał przywilej pływania. Wychował się wśród
      jezior brasławszczyzny, więc umiał pływać, ale i on miał respekt przed morzem.
      Mama rozkładała koc, stawiając na środku kosz, z którego w biegu chwytaliśmy
      smakołyki. Nie było czasu na celebrowanie, bo wiedzieliśmy, że to szczęście
      trwa tylko chwilę. Konie na górze nie mogły stać same, droga powrotna przed
      nami, a w domu czekają wieczorne obrządki. Wracaliśmy jak niepyszni, ale te
      krótkie wycieczki pamiętam do dziś jako wydarzenia wyjątkowe.

      Kiedyś wracała z nami starsza kobieta, której nazwiska nie pamiętam, być może dlatego, że opowiedziana przez nią historia zawładnęła bez reszty naszą wyobraźnią. Byliśmy przed Bałamątkiem w miejscu, gdzie dukt ma postać jaru, a piaszczysta droga rodzi kamienie. Na nic się zda ich usuwanie, po jakimś czasie pojawiają się nowe. A dzieje się tak nie bez przyczyny. Przed laty młodzieńcowi z Objazdy spodobała się dziewczyna z Poddąbia. Nic w tym dziwnego, bo dziewczyny nad morzem piękne są wszystkie, ogorzałe, smukłe i z morskim temperamentem-ciche w spokojne dni, ale groźne w czas burzy. Młodzi postanowili się pobrać i bryczką zaprzężoną w dwa konie jechali do ślubu do kościoła w Objeździe. W tym właśnie miejscu spłoszone konie poniosły i cały zaprzęg razem z młodymi zatopił się w leśnym grząskim jeziorku.
      Kwitną tam teraz latem leśne dzwonki, które słychać jak ślubne janczary. Tak
      niedoszłych małżonków ukarała uwiedziona przez chłopaka dziewczyna, która
      zniknęła tajemniczo, by nikt nie widział jej hańby. Panna młoda domyślała się
      wszystkiego, bo gadania po okolicznych wsiach było sporo, ale zakochana zlekceważyła cudze nieszczęście.

      W ciszy przebyliśmy dalszą drogę, ale pamiętamy to miejsce do dziś. Opowiadam tę historię moim chłopcom ku przestrodze, by pamiętali, że wyrządzona komuś krzywda zawsze będzie ukarana.

      Po dziesięciu latach, kiedy byłam już studentką, zaprosiłam na biwak do Poddąbia moich przyjaciół z Gdańska. Wieś wyglądała na wymarłą. Nie było już rybaka Bułgary. Trzy domki przy drodze wyglądały na jeszcze bardziej opuszczone. Tylko drzewa były piękne jak dawniej.
      Rozbiliśmy duży namiot w miejscu, gdzie dziś jest stacyjka rowerowa.
      Obok ustawiliśmy kamienne palenisko i czuliśmy się jak na bezludnej wyspie.
      Tylko wieczorem przed zmierzchem wopiści z pobliskiego posterunku bronowali
      plażę, amy przyglądaliśmy się temu z klifu, zastanawiając się, jaki śmiałek
      przekroczy morską granicę. Do sklepu w Objeździe mieliśmy blisko cztery
      kilometry, słodką wodę czerpaliśmy ze źródła wypływającego z klifu, a wokół
      żywego ducha- tak nam się wydawało. Któregoś wieczoru odwiedzili nas jacyś
      ludzie, chyba sprawdzali czy jesteśmy dość odpowiedzialni, by samodzielnie
      biwakować w takich warunkach.
      Tak, to był rok 1969, rok lądowania Amerykanów na Księżycu. 20 lipca na transmisję szliśmy do wsi, do domu rodziców, blisko sześć kilometrów-takiego wydarzenia nie mogliśmy przegapić. Neil Armstrong poza statkiem Apollo 11! Przeżycie było mocniejsze przez kontrast. Zdawaliśmy sobie sprawę, że skoro człowiek dotarł do Księżyca, to i do Poddąbia dotrą ludzie ze swoimi daczami. Zabrakło nam wyobraźni-po czterdziestu latach mogę na You Tube obejrzeć „mały krok człowieka, alewielki krok ludzkości”, nie ma strażnicy WOP i ochrony granicy państwa przez bronowanie plaży, a Poddąbie, choć kameralne, zaludnia się latem do granic możliwości. Tylko buki na klifie pozostają niezmiennie piękne.

      Właściwie nie pamiętam kiedy zaczęły się pojawiać w Poddąbiu pierwsze ośrodki wczasowe i domki letniskowe, zabudowując ciasno obie strony dawnej piaszczystej uliczki i wchodząc głęboko w las po południowej stronie. Leśną drogę do wsi zastąpiła wąska, kręta asfaltówka ze zjazdem w Machowinku, dlatego teraz nie ma mowy, by latem można było bezpiecznie pójść do Poddąbia na spacer. Tylko jesienią i zimą, kiedy letnisko zamiera, można tam bezpiecznie dotrzeć spacerem czy nawet rowerem. Od strony Bałamątku leśna droga oznaczona jako ścieżka rowerowa coraz częściej jest tak rozjeżdżona przez quady, że ani rowerem, ani pieszo nie da się przejść bez komplikacji. Prawdziwy wzrost przeżyło Poddąbie w
      pierwszych latach transformacji. Wolność gospodarcza pojawiła się na tarpanie
      przywożącym letnikom bułki i mleko z gospodarstwa w Objeździe. Później była
      jakaś drewniana buda, którą podpalono w ramach niszczenia konkurencji,
      wreszcie Jula porzuciła ostatecznie gospodarstwo, by poprowadzić karczmę „U
      Julki”. Pojawiły się sezonowe sklepy, budki, smażalnie i wszystko co daje zarobek w letnisku. Przez dwa miesiące zmieniają się turnusy, dniem i nocą wieś lśni opalenizną gości, spoconymi twarzami restauratorów i hotelarzy, aż ostatniego sierpniowego dnia wszystko znika. Poddąbie pustoszeje. Na stałe
      mieszka tu chyba dziesięcioro ludzi. Po dzieci do szkoły w Objeździe przyjeżdża autobus, mieszkańcy po zakupy jadą swoimi samochodami, tematem rozmów jest miniony i nadchodzący sezon.Weekendowi goście mogą w karczmie pogrzać się przy kominku, popijając herbatkę z gospodynią. Niepowtarzalnego klimatu letniska broni w dalszym ciągu wysoki klif, piękne drzewa i trzy domy jak strażnicy czasu przy dawnej piaszczystej drodze, dziś wyłożonej szeroko polbrukiem i zwanej szumnie Promenadą Słońca. Poza tym ciągle trwa budowa. Poddąbie pozostanie mimo wszystko najpiękniejszym skrawkiem polskiego wybrzeża. Ten kawałek Bałtyku mamy za swój i odwiedzamy go jesienią i zimą, wtedy przyroda odsłania prawdziwe oblicze i nikogo nie mami banałem.

      Czesława Długoszek

      Czesława Długoszek z Objazdy, która lubi być po prostu Czesią, prowadzi piękny, mądry i ciekawy blog na portalu Wirtualnej Polski. "Spacerem do Poddąbia" odnalazłam w archiwum jej bloga i poprosiłam o zgodę na publikację na moim raczkującym wówczas klifie on-line. Czesia na początku była chyba trochę nieufna, w każdym razie miałam wrażenie, że zgodziła się niezbyt chętnie na ten "transfer" jej tekstu. kilka tygodni później poznałyśmy się w realu. początkowe lody szybko prysły. okazała się dokładnie taka jak jej blog: piękna, mądra i interesująca.

      pozdrawiam Cię Czesiu serdecznie i dziękuję za okazywaną mi nieustająco życzliwość

      i jeszcze link do bloga Czesi, na pewno nikogo nie rozczaruje

      http://objazdowy.bloog.pl/

      
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Spacerem do Poddąbia po raz drugi”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 27 lutego 2013 17:50
  • środa, 20 lutego 2013
    • pszeczołgać babe

      mija kolejny tydzień mojej warszawskiej poniewierki, jusz sie pogubiłam który. czujem sie oszukana, jak worek kartofli wrzucili mnie do auta  i pszywieźli do tego fstrentnego miasta.
      nudzem sie tu okropnie, wienc durzo  szczekam. jak siem zmenczam szczekaniem to wgryzam siem w taki puchaty dywan po babci. Nieźle mi ta robota idzie, jusz cały jeden bok rozgryziony. baba pomstuje, zamiast tam gdzie rozgryzione frendzle porobić. Wtedy  by dywan był jak
      nowy.

       A wieczorem, to robiem tak: jak baba chce mnie wyprowadzić to włażem pod biblioteczke i groźnie warczem. ona wie że ja nie żartujem tylko oszczegam, że za chfile ugryzem boleśnie. Wienc odpuszcza i siem zastanawia czemu ja nie chcem wyjść, bo może chora jestem. A ja czekam asz baba zaśnie i rospoczynam  kolejnom akcje. Chowam siem głęboko pod biurko i cichutko popłakujem. Baba siem budzi i  pyta słotkim głosem czemu płaczem. Jusz jest pewna, że jestem chora, bo pszeciesz wieczorem nie chciałam wyjść, a ja ogólnie
      lubiem spacery. Zapala światło i pszychodzi do mnie zatroskana. Ftedy ja zaczynam pszeokropnie warczeć i baba widzi, że siem dała nabrać. Bo ja mam chorobem ale innom - nazywa siem agresja zaborcza. Zresztom  nie wiem na pewno czy to jezd choroba czy charakter. Lubiem coś ukraść, a potem o to walczyć i nie dać sobie odebrać.
      Wienc warczem i szczekam, a baba włazi pod biurko
      żeby zobaczyć co tym razem ukradłam. Dzisiaj wziełam sobie okulary ze stolika.  Baba asz w histerie wpadła, tak się bała że je zaraz zniszczem, a ona jest skompa. Siem darła że jestem kurwa nie pies i że mnie zaraz do schroniska zawiezie. A ja dalej warczem najgroźniej jak umiem. Baba jenczy że jest noc i cały blok jusz pewnie obudziłam i że mi nie daruje. Ale jedno muwi a drugie robi. Idzie do lodufki poszukać dla mnie czegoś
      smacznego żeby mieć na wymiane za okulary czy co tam akurat ukradłam. Ja jeszcze trochem warczem, ale jusz tak tylko dla picu. Po czym chentnie wymieniam ukradziony pszedmiot na kawałek kotleta  albo szynki. Baba wraca do łószka,  dajem jej fspaniałomyślnie zasnońć.  A za jakiś czas stajem pod drzwiami i szczekam ponaglająco i płaczliwie. No pszeciesz jak nie wyszłam wieczorem, to chyba oczywiste że mi sie chce sikać.
      Baba znuf wściekła, od kurwów mnie wyzywa, ale wstaje i siem ubiera.  Spacerujemy sobie po pustym osiedlu, jest 4-5 nad ranem. Baba pszekonana, że sobie dłużej pośpi skoro jusz zostałam wyprowadzona. I tu siem myli.Budzem jom o tej samej godzinie co zafsze, rytm dobowy musi zostać zachowany. I znuf słyszem niewybredne obelgi i groźby pod moim adresem. Siem zastanawiam czy to czasem nie som groźby karalne i znieważanie psa polskiego i czy by z tym do
      sondu nie pujść. Albo chociasz czy by jakiejś skargi do TOZu nie napisać. Bo potem baba idzie do spożywczaka, a mnie beszczelnie pszywionzuje przed sklepem.
      No popaczcie sami: kaganiec mi prawie do oczuf włazi, w środku mam śnieg.  To może podpadać pod znencanie sie, na to musi być jakiś paragraf. Muszem chyba znaleźć prawnika, który mi pomorze napisać pozef i wtedy może nareście do baby dotrze jak głemboko mnie kszywdzi.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „pszeczołgać babe”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 20 lutego 2013 14:47
  • piątek, 15 lutego 2013
    • autor, autor! konkurs

      patrzę na te zjawiskowe fotografie-laureatki (chyba nawet nie wypada fotkami ich nazywać) i zastanawiam się jak to jest z prawami autorskimi w internecie. czy jeżeli podaję źródło i autora, to już mogę na własnym blogu je pokazywać?  a może za to trzeba zapłacić autorom zdjęć? może są to tak wielkie sumy, że bardziej opłaca się nie zapłacić tylko pójść do więzienia? gdyby ktoś coś o tym wiedział będę wdzięczna za info. dzisiaj również wkleję nie swoje fotki, co mi tam, więzienie też dla ludzi. w dodatku nie podam nawet ich autora. dawno nie było na tym blogu konkursu z niezmienną nagrodą: bezpłatny weekend dla dwóch osób w domu na klifie poza sezonem wakacyjnym.

      zatem proszę zgadywać lub jesli ktoś wie, proszę podać nazwisko autora poniższych fotek. na odpowiedzi czekam tydzień. nagrode zdobędzie osoba, która jako pierwsza w komentarzach lub na adres mailowy emma_b@gazeta.pl  poda prawidłową odpowiedź.

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „autor, autor! konkurs”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      piątek, 15 lutego 2013 13:07
  • poniedziałek, 11 lutego 2013
    • klikanie kompulsywne

      zadzwoniła do mnie Miastowa, jedna z najwytrwalszych komentatorek tego bloga. nie zadzwoniła, żeby mnie namówić na spacer do przykrytych grubą kołderką Łazienek. ani żeby zapytać o moje marne zdrowie. ani żeby w radosnej atmosferze poplotkować parę minut. zadzwoniła, żeby, jak to zgrabnie ujęła, mnie opieprzyć. po czym niezwłocznie mnie opieprzyła. za to, że się opieprzam i nic nowego nie wrzucam na bloga. ona nie jest wymagająca, wystarczyłoby parę słów, kilka fotek. wypomniała mi, że zeszłej zimy wrzucałam coś niemal codziennie. a ostatnio to szlag ją ciągle trafia, jak się nudzi w pracy i z tych nudów wielokrotnie klika na stronę bloga. i czuje się jak ten Puchatek, który im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. z tych nudów oraz złości rozszyfrowała sprawę kilku tysięcy wejść na stronę tygodniowo. jak ktoś się przyzwyczaił, to klika - oświadczyła. i wystarczy kilkadziesiąt takich osób, żeby nawet parę tysięcy wejść nastukać. ty sobie pewnie myślisz, że ten twój blog taki popularny, a to nieprawda. tę wysoką liczbę nabijają ci tacy jak ja klikacze kompulsywni - zatriumfowała i zaapelowała nie wiedzieć czemu do mojego sumienia.
      hmmm, ciekawe spostrzeżenie. i nie da się wykluczyć, że pani Miastowa ma rację. to jest nawet całkiem prawdopodobne. mnie się te statystyki tygodniowe wydawały coraz bardziej podejrzane: tylu fanów to chyba Poddabie nie ma, skąd więc miałby ich brać ten skromny blog. obiecałam rozważyć to wszystko, ale bez przyrzekania poprawy.
       
      droga Miastowa, masz więc garść słów, a teraz dorzucę jeszcze parę fotek. i to jakich, prawdziwa gratka dla miłosników przyrody! to będą fotki z najwyższej półki - laureatów kilku edycji konkursów National Geographic. ich autorzy poświęcili długie godziny, a czasem nawet tygodnie, aby je zrobić. oczywiście są one dostępne w sieci, ale jak ktoś klika kompulsywnie stale na te same strony może takie rarytasy przeoczyć. tak naprawdę internet pełen jest znacznie ciekawszych stron niż te, od których mieliśmy pecha się uzależnić....
       
       
       
       
       
       
       
       
      autorzy, opisy i jeszcze wiecej unikalnych fotografii tutaj:
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „klikanie kompulsywne”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 lutego 2013 20:38

Tagi

Kanał informacyjny