klif on-line

Wpisy

  • środa, 21 czerwca 2017
    • pożar

       

             odnotowuję to ponure zdarzenie z tzw. kronikarskiego obowiązku. osobiście spojrzałam jedynie przez moment ze sporej odległości. nie mam natury gapia, a zrobienie choćby jednego zdjęcia wydało mi się mocno niestosowne. tym bardziej, że nie było jeszcze wiadomo, czy na pewno obyło się bez ofiar. według relacji naocznych świadków, widać to zresztą na zdjęciach, pożar wyglądał naprawdę groźnie. w gaszeniu brało udział aż 9 jednostek straży pożarnej. podobno ucierpiała niezbyt poważnie tylko jedna osoba - pracownik sklepu, który próbował stłumić ogień przy pomocy gaśnicy.

             znalazłam relację wideo i zdjęcia na stronie gp.24 - internetowego wydania Głosu Pomorza. umieszczę parę zdjęć pochodzących z tej właśnie strony, a dla dociekliwych dołączę link.

            współczuję właścicielce sklepu pani Agnieszce, jej rodzinie i pracownikom sklepu. musiało to być dla nich ogromnie traumatyczne przeżycie. mam nadzieję, że mimo wszystko sklep będzie mógł w nieodległym czasie wznowić działalność.

       


      

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      ps. mam problem z linkiem, spróbuję dodać go w komentarzu

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „pożar”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 21 czerwca 2017 17:09
  • niedziela, 18 czerwca 2017
  • wtorek, 13 czerwca 2017
    • o czekaniu

       

             nie byłabym sobą, gdybym o moim ostatnim panu fachowcu kilku słów jednak nie napisała. chociaż jego zachowanie trudno byłoby nazwać profesjonalnym, nie umieszczam słowa fachowiec w cudzysłowie. kwalifikacje do wykonywania prac z remontem związanych ma w zasadzie wystarczające, chłopak z niego  może niezbyt komunikatywny, ale cichy i grzeczny. tyle że na próżno by wśród jego priorytetów szukać pracy. gdy w sobotę kręcił się nerwowo z kąta w kąt i widać było, że myślami i duszą jest już całkiem gdzie indziej, zastanawiałam się po co w takim razie przyjechał. stara baba jestem, a czasami taka pierwsza naiwna ze mnie wyłazi. w końcu załapałam, że przyjechał zainkasować trochę gotówki, aby kolorowo i z przytupem spędzić weekend.

             gdy w poniedziałek pojawił się na słomiance w strugach ulewnego deszczu i oznajmił, że robić dzisiaj nie zamierza, znów się jak idiotka zdziwiłam, czemu nie zakomunikował mi tego przez swoją wypasioną komórkę. tak jakby do mnie nie docierało, że telefonicznie nie da się przecież najmarniejszej złotówki wysępić. wiadomo, głowa pęka człowiekowi po hucznym weekendzie i trzeba się jakoś poratować. poprosił o sumę całkiem niewygórowaną, rozumiejąc, że od  wkurzonej baby zbyt wiele wysępić się nie da. być może nie należało mu dać nawet tego, ale jak już pisałam, szczególnie asertywna nie jestem. nie miałam serca odprawić go z kwitkiem, więc spełniłam te skromne oczekiwania. z wyraźną ulgą na twarzy schował banknot do kieszeni, po czym wspaniałomyślnie mnie przeprosił. co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo niby generalnie grzeczny, ale specjalistą od zwrotów grzecznościowych to on w żadnym wypadku nie jest.

             gdy dzisiaj rano nie pojawił się o umówionej godzinie coś we mnie pękło. uznałam, że przez ten cholerny remont staję się kompletnym wrakiem psychofizycznym i najwyższa pora się z tego stanu wykaraskać. tolerowałam jego nazwijmy to awaryjność, dopóki mieściła się ona w pewnych granicach. w ostatnich dniach ewidentnie te granice przekroczył. odtrąbiłam więc koniec remontu i koniec czekania. i od razu poczułam się lepiej.

             piękne jest życie, gdy człowiek nie musi się zrywać bladym świtem i czekać. gdy odzyskuje wolność i może sobie zaplanować dzień jak mu się żywnie podoba. bo czekanie to świetny temat literacki, w życiu realnym zaś jest całkowicie nieznośne i nie do wytrzymania. a połączenie czekania z remontem, to już jest autentyczna katastrofa. dlatego podjęłam ważną egzystencjalną decyzję w sprawie terminu kolejnego remontu: po moim trupie, w sensie całkowicie dosłownym!


             dla kontrastu piękny wiersz o czekaniu Konstantina Simonowa, w przekładzie Adama Ważyka

       

      Czekaj mnie, a wrócę zdrów,

      Tylko czekaj mnie,

      Gdy przekwitną kiście bzów,

      Gdy naprószy śnieg.

      Czekaj, gdy kominek zgasł,

      Żar w popiele znikł.

      Czekaj gdy nikogo z nas

      Już nie czeka nikt,

      Czekaj, gdy po przejściu burz

      Nie nadchodzi wieść,

      Czekaj, gdy czekania już

      Niepodobna znieść.

       

      Czekaj mnie, a wrócę zdrów,

      I nie pytaj gwiazd,

      I nie słuchaj trzeźwych słów,

      Że zapomnieć czas.

      Niech opłacze matka, syn,

      Gdy zaginie słuch,

      Gorzkie wino w domu mym

      Niech rozleje druh.

      Za mój cichy, wieczny sen

      Kielich pójdzie w krąg.

      Czekaj - i po kielich ten

      Nie wyciągaj rąk.

       

      Czekaj mnie, a wrócę zdrów,

      Śmierci mej na złość.

      Ten zaklaszcze, tamten znów

      Krzyknie: "Co za gość!"

      Jak doprawdy pojąć im,

      Że we krwawej mgle

      Ty czekaniem cichym swym

      Ocaliłaś mnie.

      Ot i sekret, ot i znak,

      Co w sekrecie tkwi,

      Że umiałaś czekać tak,

      Jak nie czekał nikt.

       

      -------------------------------------------------------------------------- 

      ciąg dalszy mojej zabawy

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „o czekaniu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 czerwca 2017 22:17
  • środa, 07 czerwca 2017
    • na kłopoty zabawa

        

               niestety dobrze nie jest, ale jak już kiedyś napisałam, nie będę szczegółowo relacjonowała problemów z  lokalnymi fachowcami. właściwie szkoda, bo trafiają się osoby naprawdę malownicze i byłoby o czym pisać. 

            remont trochę się posunął do przodu, po czym niestety ugrzązł. na tym etapie rozbebeszenia wszystkiego, co się dało rozbebeszyć, wycofać się już nie mogę. mogę jedynie liczyć na to, że kiedy miną już te ulewy z gradem i wiosenne burze, ktoś sobie jednak o moim istnieniu przypomni i wróci dokończyć, to co zaczął.  

            wyżej muru nie skoczę, więc postanowiłam jakoś mój marny system nerwowy oszczędzać. powtarzam sobie, że przecież nikt nie umarł, a to są jedynie przykre niedogodności, które trzeba jakoś przeczekać. być może jutro sama spróbuję wykonać jakieś prace malarskie w mało eksponowanych miejscach. na razie ratuje się batonikami, lodami truskawkowymi oraz zabawą programem fotograficznym, w którym zwykłe zdjęcia można bezproblemowo przekształcać w obrazy. do dyspozycji jest kilka kierunków w malarstwie, zaczęłam od mojego ulubionego impresjonizmu. ja wiem, że to nie jest zbyt wyrafinowana zabawa i efekty są idiotyczne, ale kto zestresowanemu zabroni?

       

       


       


       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

                   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „na kłopoty zabawa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      środa, 07 czerwca 2017 19:51
  • sobota, 03 czerwca 2017
    • gdyby nie ludzie, gdyby nie morze...

       

            moja, jak to zgrabnie określił Leśniczy Jarek, męka odfachowcowa ma się świetnie. a już byłam przekonana, że nastapił szczęśliwy kres poszukiwań panów fachowców, który to proceder, przynajmniej w okolicach Poddąbia, śmiało można porównać z łapanką. najpierw spadło mi z nieba czterech pracowitych panów z zielonej Ukrainy. niestety skończyło się na obietnicy, jako że szef lokalnej budowy niespodziewanie wywiózł panów na budowę w odległym województwie. potem pojawił się w charakterze kandydata na malarza młody, rzutki inteligent ze Słupska. mimo że byliśmy umówieni na wykonanie usługi na sto procent i pozostało jedynie uzgodnienie terminu, dynamiczny młody człowiek nie wiedzieć czemu się rozmyślił i przestał odpowiadać na moje sms-y. sprawa zatoczyła koło i powróciłam do pertraktacji z pierwszym niesłownym. właściwie przestałam już wierzyć w happy end, ale jak wiadomo nadzieja umiera ostatnia. lawiruję więc między stosami książek i poodsuwanymi regałami, bo ile razy można wykonywać te same czynności?

             a do tego zapadłam na paranoję podłogową. ponieważ wycyklinowana podłoga jest bardzo jasna i czysta, widać na niej wszelkie paprochy i pyłki. to całkiem niewiarygodne, ile różności wnosi do domu pies na swoich czterech łapach, grzbiecie, ogonie i pysku. Panna Cliff najpierw się starannie tarza na dworze, a potem robi to samo w chałupie, strząsając z siebie to co wniosła. na co ja, niczym wściekła pedantka, którą w żadnym wypadku nie jestem, co chwilę łapię za miotłę i wymiatam to wszystko z powrotem na dwór. pies się nieustająco szwenda, a ja powtarzam tę czynność natrętną ze trzydzieści razy dziennie. niedługo pewnie będę musiała skorzystać z pomocy lekarza wiadomej specjalności. przy okazji coraz lepiej rozumiem ludzi, którzy nie decydują się na posiadanie psa z powodów higienicznych. wprawdzie niewątpliwie coś tracą, ale za to z drugiej strony zyskują i nie grozi im paranoja podłogowa.

             no i tak siedzę w przygotowanej do malowania, którego nie ma chałupie, a niechęć do fachowców przechodzi mi w uogólnioną niechęć do kontaktów z ludźmi. i jak zwykle w takim stanie ducha, wracam do jednego z moich ulubionych wierszy Stanisława Barańczaka, którego nie może zabraknąć w tym wpisie.

       

       

                Gdyby nie ludzie


             Gdyby nie ludzie, gdyby nie istnieli

             tak natrętnie, ze swoim łupieżem, paranoją,

             wystrzępionymi spodniami, antysemityzmem,

             kłopotami w  pracy, trwałą ondulacją,

             skłonnością do uproszczeń i zadyszki,

             gdyby wcale nie trzeba ich było poznawać,

             przecierających zamglone okulary,

             wycierających zamaszyście buty,

             "straszne dziś błoto", ocierających bezsilną łzę,

             gdyby nie otwierali przed każdym tak od razu

             swoich otłuszczonych serc i wyszmelcowanych teczek

             z przetartymi na zgięciach papierami

             "chwileczkę, gdzie ja podziałem to zaświadczenie",

             gdyby w ogóle ich nie było, tych zanadto takich samych

             i nadmiernie odmiennych światów z podwyższonym ciśnieniem

             z wygórowanymi żądaniami "panie musisz mi pan pomóc",

             zbyt głośno mówiących, zbyt naocznie żywych,

             zbyt dotkliwie ludzkich,

       

             o ile łatwiej by się mówiło "nic co ludzkie nie jest..."

       

      ------------------------------------------------------------------------


               a gdyby nie morze, to pewnie już całkiem bym zwariowała, a co najmniej zwiała do Warszawy.

         


       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „gdyby nie ludzie, gdyby nie morze...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emma_b
      Czas publikacji:
      sobota, 03 czerwca 2017 17:52

Tagi

Kanał informacyjny